Księga wiecznej nocy
Oglądaj gwiazdy
Zostaw własną


Noc, w którą już zabrnęliśmy

2008
wrzesień
2007
maj
luty
2006
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec







Miejsca, co rozświetlają mrok

Moja "wesoła" pisanina, czyli potterowskie fanfiki

Another Magical Me
Uskrzydleni Fantasy, mechy, armia i smoki, czyli moje własne "dziecko" ^^
Drejcze Maleficium- stories Stronka przeznaczona na moje fanfiki :)
The "real" Draco Maleficium Moje prywatne życie-mniej lub bardziej szczerze
Lux et Umbra Stronka moja i Golden Dragon, skupiająca się na naszej ulubionej parce, Harry/Draco ^^
Draco Maleficium "Gdzie smok zrzuca swe łuski"... Very Secret Diary of Draco Malfoy mojego autorstwa ^^

SLASH/YAOI
Eneada Arty Eneady-to jej fotomontaż posłużył mi za wstępną grafikę w szablonie...
H/D icons Lovely ikonki dla spragnionych slasha-polecam, cudeńka można wyszukac
A thousand words Zbiór prawdopodobnie najlepszych fików H/D w sieci
Glasses reflect Fiki i arty na najwyższym poziomie- koniecznie...
Rhysenn Nie znacie jej "Irresistible Poison"?! Tu znajdziecie to jak i wiele innych fików tej autorki
Passionate Dreams Slashowe fiki do HP po polsku-uwaga, większośc to hardcore!!!
Yukipon Przepiękne, słodkie fanarty Yukipon-mustsee każdej fanki
Bishounen Sanctuary Polska stronka z najróżniejszą twórczością poświęcona bishonenkom

BLOGI, czyli światy bliskich mi osób...
Layouts from Neverland Szablony tak piękne, jakby faktycznie były z Nibylandii- nieoceniona Goldi w akcji! Rozwija się ^^
HP-slash Yeah, jeszcze jeden blog! Eternal chyba uruchomił lawinę yaoiców... Niech ich będzie coraz więcej!!
Forbidden forest Kolejny blog yaoi, yeaaaah!!!! Mój już nie jest sam ^^ Ta historia na pewno was zaintryguje :D
Ufox ^^ Szalone i przyjemne miejsce równie szalonej mangomaniaczki :D
Elizabeth Steel Piękna dama (?) wyrusza na podbój Hogwartu... Zapowiada się ciekawie!
Ivy Tak dla odmiany-świat Artemisa Fowla. O ile nie przepadam za samą książką, to opowiadanie wciąga...
Eris Poznajcie Eris Dismal-Ślizgonkę, która raptem postanowiła zmienic swoje życie...
Kochanka-mazoku Wejdźcie w mroczny świat Hogwartu, jakiego nie znacie, o jakim nie mówi się głośno...





blog.pl

Lay from
Layouts from Neverland



2008-09-04 22:05:46 >> Pożegnanie

Naprawdę nie chcę pisać tego, co muszę napisać. Chciałabym jeszcze zostawić sobie otwartą furtkę i miejsce na nadzieję, że jeszcze tu wrócę, że nastąpi cudowne zmartwychwstanie. Ale wiem, że to nie nastąpi, dlatego z sercem jakby wykutym z żelaza piszę to jedno zdanie: to jest już ostatnia notka na blogu Eternal Night.

Część z Was już się pewnie tego spodziewała – co innego oznaczałaby moja tak długa tutaj nieobecność? Prawda jest taka, że straciłam ogień. Coś go zdmuchnęło, ale co – nie wiem. Chyba to, że dojrzewam i że zmieniłam się w kogoś, kogo dopiero poznaję. To już nie jest do końca ta sama dziewczyna, która zaczynała pisać tutaj pierwsze słowa, chociaż w większej części pozostaje ta sama. Smutną prawdą jest to, że jeśli blog, który kochało się całym sercem, zmienia się w kolejny obowiązek do spełnienia, to coś się skończyło i bezpowrotnie odeszło. Próbowałam to wskrzesić, Bóg mi świadkiem, a teraz łzy szklą mi się w oczach i zamazują obraz monitora, ale tak dłużej nie można. Trzeba wreszcie spojrzeć prawdzie w oczy, jak to mówią. A prawda boli.

Tyle wspomnień wiąże się z tym miejscem… ten blog był chyba pierwszy o tematyce yaoi pośród wszystkich blogowych fanfików w stylu „Draco i Hermiona” czy „Życie Lily Evans.” Po nim nastąpiły kolejne, ale do dzisiaj trudno mi uwierzyć, że naprawdę zebrałam się na odwagę i stworzyłam stronę o nazwie „Eternal Night”. Skąd wziął się tytuł? Z jednego wersu piosenki zespołu Rhapsody: „Moon shines in this eternal night.” Niby banał, ale mnie natchnął i właściwie nadał cel i kierunek całej opowieści. Pamiętam, jak z bijącym sercem pełnym zapału pisałam prolog, a potem próbowałam wysnuć jakąś fabułę z luźnych końców majtających się swobodnie pośród obrazów. Powoli zaczęło mi się to udawać, a potem wpadłam na pomysł z podwójnym punktem widzenia, który wydał się do tej opowieści wręcz idealny. Czytelników (głównie czytelniczek), o dziwo, przybywało, co tylko dodawało mi motoru do dalszej pracy, tak, że się szybko uzależniłam. Muszę przyznać, że jestem z tego bloga naprawdę dumna (podobnie, jak z draco-maleficium.blog.pl) a komentarze, w których inni pisali, że przekonałam ich do zaakceptowania miłości homoseksualnej, do czytania fanfików, do zmiany spojrzenia czy do zawarcia znajomości, do uśmiechu czy do łzy, są dla mnie jak świętość. Chcę Wam wszystkim podziękować naprawdę od serca za wszystkie słowa, które napawały mnie tak niewiarygodnie wspaniałym uczuciem, że nie będę próbowała nawet tego opisać. Kocham Was wszystkich bardzo mocno i przepraszam, że tak to wyszło. „Eternal night” zawsze było dla mnie miejscem specjalnym i ciągle jest… Ale już po prostu nie potrafię. Bo – powtórzę się – sami przyznacie, że jeśli coś, co się kochało, co było niemalże bardziej realne i ważniejsze, niż świat poza, staje się nagle niczym więcej nad bolesne wspomnienie i wzbudza już tylko nostalgię i wyrzuty sumienia, to chyba lepiej będzie dla wszystkich – a na pewno dla mnie – jeśli postawi się sprawę jasno.

Długo – zdecydowanie za długo – zwlekałam z wstawieniem tego wpisu, bo wiecie… Chciałam jednak napisać ten ostatni epizod. Zdobyć się na ostatni wysiłek i jakoś zamknąć tę historię, tak, jak zrobiłam to z moim pierwszym blogiem. Ale tutaj po prostu nie umiem, nie daję rady powiązać wszystkiego w całość. Dlatego dalszą historię i zakończenie powierzam Wam, Waszej wyobraźni – a wiem, że jest ona dużo bogatsza od mojej. Jeśli chcecie, napiszcie sami dalsze losy bohaterów. Ułóżcie zakończenie; dobre, złe, nieważne. Jeśli o mnie chodzi, to lubiłam sobie wyobrażać Dracona i Harry’ego siedzących w salonie przy kominku w jesienny wieczór, porównujących swoje notatki, uśmiechających się do bolesnych wspomnień, które jednak są już historią. Zostawiam Wam otwartą furtkę.

Do tej pory, wiecie, trudno jest mi sobie wyobrazić, że to miejsce jednak tyle znaczyło dla niektórych z Was. Kiedy wreszcie zebrałam się na odwagę i przeczytałam komentarze (z tchórzostwa bałam się tam zajrzeć przez długi, długi czas) byłam w prawdziwym szoku. Dziękuję za wszystkie Wasze słowa – za groźby, złorzeczenia, błagania, pochwały. Bo to daje mi świadomość, że swoją twórczością, swoją wyobraźnią uprzyjemniłam komuś życie, że to moje małe miejsce było nie tylko moje. Dziękuję za to.  

Dalej będę pisać. Ciągle piszę. Tego możecie być pewni. Jedno moje całkowicie autorskie „dziecko” jest już ukończone, nad drugim ciągle pracuję i sporo sobie po nim obiecuję. Jeśli chcecie, podam wam namiary, czy może podeślę, ale w Internecie na razie nie chcę tego publikować – zbyt duże ryzyko. W każdym razie jeśli bylibyście zainteresowani, zapraszam na mój adres e-mail (dracomaleficium@yahoo.pl) albo na dracomaleficiumfans.fora.pl . Możecie być pewni jednego – cokolwiek się stanie, ja nie przestanę pisać.

Dziękuję Wam za wszystko raz jeszcze i przepraszam – przepraszam z całego serca.

Wasza mimo wszystko,

Monika


skomentuj (16)




2007-05-29 06:26:32 >> Początek wyjaśnień

Podzielę się z Wami tajemnicą. Nie jest to nic wielkiego, dlatego nie musicie od razu biegać z tym to TVNu ^^ Skaczę między fandomami jak dzika, odkąd jestem w Stanach. Przez ten krótki czas zdążyłam zaliczyć na nowo „Upiora,” „Escaflowne’a,” odkryć parę nowych (musicale „Elisabeth” i „Jekyll & Hyde,” powieść „Wichrowe Wzgórza” i parę innych), zakochać się chyba setki razy na nowo w Pratchettcie, że już nie wspomnę o moim niekończącym się romansie z „Tańcem Wampirów,” który – jakby na przekór szanownemu panu Kępczyńskiemu – ciągle nic, tylko rośnie. Tańcząc z wampirami na wichrowych wzgórzach i śpiewając po niemiecku, jakoś mi się w tym wszystkim zagubili biedni Harry i Draco. Bakcyl na Pottera powoli mi mija, ale wiecie, ja mam takie fazy. Dlatego tak nieregularnie piszę, między innymi: po prostu nie mogłam się zmusić do sklecenia czegoś dobrego. Ale przysięgłam sobie, że dzisiaj w nocy wezmę i napiszę *coś* i wstawię tu, jakie by nie było. O. Dla Was. I przepraszam… ja nie zdawałam sobie sprawy, że to już tyle czasu minęło. Czas mnie tu zaskakuje od tyłu. Tracę rachubę. Ale dość już tego pytlowania; moje wstępy są zawsze za długie, i absolutnie niepotrzebne :/

Dla pewnej bardzo specjalnej osoby, która wczoraj, 28 maja, skończyła szesnaście lat. Kocham cię, skarbie!

HPOV


Długo zastanawiałem się, czy w ogóle opisywać to, co zaszło potem. Wolałbym nie; naprawdę, z całego serca wolałbym po prostu przeskoczyć przez ten okres aż do tamtej nocy, kiedy obydwoje nauczyliśmy się latać bez skrzydeł. Ale wtedy ta historia nie byłaby pełna, a o to przecież chodziło od początku. Taka była umowa. Naga prawda, jakkolwiek okrutna by dla nas nie była. Poza tym, Draco wycierpiał znacznie więcej niż ja. Nawet teraz; nawet po przeczytaniu jego zwierzeń; nawet po tym, przez co razem przeszliśmy, nie potrafię sobie wyobrazić, jak to musiało boleć. Obserwowałem go, kiedy pisał, i na widok jego twarzy pochylonej nad biurkiem serce pękało mi i zrastało się na nowo setki razy. On był na tyle odważny, żeby przeżyć to wszystko na nowo na papierze, a jeśli jego było na to stać, to mnie tym bardziej. Nazywają mnie bohaterem – wypada mi więc chyba zasłużyć na to miano.
Dlatego biorę się w garść i zaczynam. Draco uśmiecha się do mnie, kiwa głową – tak. Trzeba brnąć w to dalej.
Tamtej nocy, kiedy Draco zostawił mnie samego na schodach, wydawało mi się, że świat postanowił dla zabawy stanąć na głowie. Słyszałem jego głos, widziałem, jak jego usta wymawiają te słowa „Nie dotykaj mnie,” które nożem przebiły się przez ciszę zamku; widziałem jego oddalające się raptownie plecy, aż połknęła je ciemność. I stałem, jak ostatni idiota, na środku klatki schodowej, patrząc. Patrząc i nie rozumiejąc. Ulga, która niemal zwaliła mnie z nóg z chwilą, kiedy zobaczyłem go przed sobą, nagle zmieniła się w odległe wspomnienie. Zamiast niej, na nowo zagrała orkiestra zwana Paniką.
Kiedy wreszcie mój umysł otrzeźwiał na tyle, żeby jakoś wysłać impulsy do nóg, było już za późno. Zbiegłem na dół, wołając, ale po Draconie nie było śladu. Stanąłem w cieniu i czekałem; czekałem; czekałem. Nikt nie wyszedł. Musiałem chyba zasnąć w ciemnej niszy korytarza, niedaleko wejścia do salonu Ślizgonów, bo – kiedy poczułem czyjś nacisk na ramieniu – niemal podskoczyłem.
- Potter?
Spojrzałem w górę, mruganiem odpędzając sen z moich oczu, na wykrzywioną w konsternacji twarz Severusa Snape’a. Dziwne, ale jego widok nie wywołał u mnie żadnych znaczniejszych emocji. Nie było strachu, irytacji, niechęci – nie było właściwie nic. W moich myślach cały czas dzwoniły słowa „Nie dotykaj mnie. Proszę, nie dotykaj mnie.” Głos Dracona był zaborczy; odmawiał dostępu wszelkim innym uczuciom.
Dlatego nie zdziwiłem się, kiedy Snape spytał, dość zaszokowany a jednak zachowując pozory opanowania:
- Jesteś w stanie sensownie wytłumaczyć, co robisz w lochach o piątej nad ranem?
Wzruszyłem ramionami. Nie próbowałem nawet odpowiadać „Spałem;” nie miałem czasu ani chęci na podobne dziecinady. Ważny był Draco. Ważne było to, żeby go spotkać. Wszystko inne nagle wydało mi się snem.
- Siedziałeś tu całą noc?
- Tak, profesorze.
- Zdajesz sobie sprawę, że to oznacza szlaban?
- Tak, profesorze.
- Żadnych wymówek tym razem, Potter? Nie będziesz mnie karmił bzdurami o trzygłowych psach czy kamieniach filozoficznych? Wyobraźnia wreszcie odmówiła współpracy?
- Moja wyobraźnia nigdy nie działała zbyt sprawnie, profesorze.
- Heh – usta Snape’a ułożyły się w ten typowy, gorzki, pozbawiony humoru uśmiech, który zdążyłem już poznać tak dobrze. – Przynajmniej tutaj się zgadzamy. Precz stąd; jeśli nie zjawisz się na górze zanim skończę mówić…
- Za pańskim pozwoleniem, profesorze – wtrąciłem szybko. Nie dbałem już o to, że to, co miałem powiedzieć, było ogromnie ryzykowne; że mogło doprowadzić do zdemaskowania; że Draco nie byłby zadowolony; że rozmawiałem ze Snape’em. Musiałem wiedzieć – cokolwiek. – Czy widział pan ostatnio Malfoya?
Nie spodziewałem się spojrzenia, którym po tych słowach zbombardował mnie mężczyzna. Jego spojrzenie, o ile to możliwe, stało się jeszcze bardziej czarne.
- Nikt nie widział go przez cały dzień…
- Nie, ja go widziałem, wczoraj w nocy. Wydawało mi się, że… stało się coś złego. Myślałem, że może pan by coś wiedział.
- Widziałeś go? – oczy Snape’a były dwiema otwartymi otchłaniami.
- Tak, wczoraj w nocy. Mógłby mi pan profesor…
- Znikaj, Potter – warknął profesor. – Wynoś się stąd i na górę, ale już.
- Ale…
- Już. To nie twoja sprawa. Kiedy wreszcie nauczysz się, żeby nie pchać się tam, gdzie na drzwiach jest napisane „Zamknięte”? A teraz: won.
Zacisnąłem usta. Miałem ochotę walczyć. Bestia poruszyła się we mnie i kłapnęła zębami, gotowa do skoku. Ale nie mogłem pozwolić jej na atak; nie. Wtedy nie byłbym Harrym Potterem.
Ciężko jest być tym dobrym. Źli ludzie mogą sobie pozwolić na znacznie więcej.
Poszedłem na górę, bo co jeszcze mogłem zrobić? Snape był nauczycielem, bądź co bądź, a ja ciągle jeszcze byłem uczniem. Nikogo nie obchodziłoby to, co miałem do powiedzenia, a poza tym, ryzykowałbym zbyt wiele, nalegając. Nie mogliśmy pozwolić sobie na zdemaskowanie, zbyt wiele położyliśmy już na szali. Musiałem znaleźć jakiś inny sposób, żeby porozmawiać z Draconem. Szybko.
Ale, jak czas mi pokazał, Draco nie chciał rozmawiać z nikim – a już tym bardziej nie ze mną.
Ilekroć próbowałem przedostać się przez tłumy Ślizgonów, zbywał mnie. Ilekroć próbowałem podejść do niego, kiedy był sam, zbywał mnie. Ilekroć próbowałem wejść do pokoju Ślizgonów, nie tylko mnie zbywał, ale wręcz zabronił tam wchodzić. Przy tym wszystkim odezwał się ledwo parę razy; jego oczy, pełne dziwnego chłodu, którego wcześniej tam nie widziałem, zwyczajnie krzyczały mi w twarz tak, że miałem wrażenie, że za chwilę siła tego krzyku wywieje mnie przez okno. Dziwne, że nie wywiało całej szkoły; to spojrzenie z pewnością powinno.
Nie rozumiałem, ale miałem wrażenie, że Draco wytworzył wokół siebie tarczę. On był w środku, a na zewnątrz był cały świat. Nikt nie mógł się do niego zbliżyć, a jeśli ktoś próbował, odchodził natychmiast, niczym pies z poparzonym ogonem. Głupio mi to przyznać, ale tak samo było ze mną. Sparzyłem się tak, że ktoś wystarczająco szybki mógłby usmażyć jajecznicę dla sześciu na moich palcach. Ale nie to było ważne; ważny był ból.
Draco emanował bólem. Czułem to w każdym jego spojrzeniu, i dziwiłem się, że nikt inny wydawał się tego nie widzieć. Kiedy tylko spojrzałem w jego stronę, widziałem podkrążone, zaczerwienione oczy; widziałem zgarbione plecy; widziałem pochyloną głowę; widziałem bezsilnie zaciśnięte pięści. Po tygodniu nie mogłem już tego wytrzymać, i dzisiaj sam dziwię się sobie, że wytrzymałem tak długo. Ale wiedziałem, że w niedzielę Draco będzie przesłuchiwany przez dyrektora – sam Dumbledore mi o tym powiedział – i postanowiłem, że poczekam.
Tak więc czekałem.
Kiedy zobaczyłem na mapie od ojca, że Draco wyszedł wreszcie z gabinetu, chciałem biec tam od razu, ale nie musiałem; zobaczyłem, że jego kropka idzie w kierunku naszego pokoiku przy bibliotece. Znalazłem się tam tak szybko, jak tylko istota ludzka może, nie spadając ze szczytu wysokiej góry.
Draco nie był zaskoczony, kiedy niemal wyważyłem drzwi.
Patrzył przed siebie, kiedy zamknąłem za sobą drzwi, a kiedy podszedłem do niego, odwrócił wzrok i skierował go na dywan. Wstrzymałem oddech; cisza wokół nas była wręcz fizycznie bolesna. Kiedy wreszcie nie mogłem jej znieść i otworzyłem usta, czułem się tak, jakbym właśnie wbił ceremonialny nóż w ciało ofiary na ołtarzu.
-Draco – szepnąłem. – Powiesz mi, co się stało?
-Po to tu przyszedłem – odparł cicho, i ten głos sprawił, że ciarki przebiegły mi po plecach szybciej, niż uderza błyskawica. – Gdybym ja ci nie powiedział, dowiedziałbyś się od kogoś innego, a to by tylko pogorszyło sprawę. Radzę ci jednak, żebyś odsunął się od drzwi. Kiedy skończę, być może najdzie cię ochota, aby je wyważyć, a to nigdy nie jest dobry pomysł.
-Powiedz mi, co się stało.
-Wypełniłem swój obowiązek – szepnał Draco, a jego głowa lekko uniosła się w górę. – Dostałem zadanie i wypełniłem je. Każdy zrobiłby podobnie na moim miejscu. Ty tak bardzo lubisz rozmawiać o wyborach, Harry, ale ja nie miałem żadnego. Nie wtedy. Tak więc zrobiłem to, co trzeba było zrobić… tylko, że za późno.
-O czym ty mówisz?
-Potter – Draco uniósł wzrok i spojrzał mi prosto w oczy, a ja, pod wpływem tego spojrzenia, naprawdę się zachwiałem. W jego oczach demony krzyczały o pomoc. – Ja cię zdradziłem. Rozumiesz? Oddałem Czarnemu Panu jakąś przeklętą kość, tylko ona okazała się świstoklikiem i zabrała mnie tam, gdzie on był, i on… on… on mnie ukarał.
Jeśli do tej pory myślałem, że w pokoju było zimno, teraz cały świat stał się jednym wielkim soplem lodu. Wiedziałem aż za dobrze, jak Lord Voldemort potrafił ukarać. Na samą myśl zebrało mi się na wymioty.
-Za późno – dobiegł mnie szept Dracona, który był wykuty z lodu. – Za późno. Potter, on kazał mnie zgwałcić.
Po tych słowach odezwał się tylko kurz w powietrzu.
Wydaje mi się teraz, że minęła wieczność. Że świat się zawalił w tej jednej, niewyobrażalnie rozciągniętej sekundzie, i że odbudował się na nowo, tak, że jedynymi kolorami pozostała szarość i czerwień. Moja wyobraźnia się zamknęła. To, co powiedział Draco, do czego przyznał się głosem tak pustym, jak świszczące wiatrem wrzosowiska, to było po prostu za dużo. Nie mogłem sobie tego wyobrazić, nie mogłem tego przyjąć, nie mogłem tego zrozumieć. Gwałt. To jedno słowo zawarło w sobie wieczność bólu. Nie mogłem, po prostu nie mogłem.
Proszę, niech to się okaże snem, niech nastanie świt, niech wszystko zniknie, niech nie będę tu…!
Ale byłem. Był też Draco, i jakoś musiałem się z tym pogodzić. Mimo samego siebie, spróbowałem przywołać rozsądek z czarnej, gotującej się zasłony furii. Musiałem być silny. Za nas obu.
Sekundę później już byłem przy nim; już trzymałem jego drżące ręce w swoich; już patrzyłem w jego oczy z tak bliska, że wydawały się spienionymi falami na opustoszałych bagnach. Powoli dotknąłem jego twarzy, tylko po to, żeby upewnić się, że to się naprawdę działo. Działo się. I jakimś cudem musiałem stawić temu czoło.
Draco odwrócił głowę.
-Nie dotykaj mnie – szepnął tak, jak tamtej nocy, kiedy znalazłem go po raz pierwszy.
…Tamtej nocy…
… tuż po tym, jak TO się zdarzyło.
Oblał mnie zimny pot – ale nie był to strach. To była nienawiść.
-Będę cię dotykał – odparłem przez usta zaciśnięte ogromem tej nienawiści, która nagle zalała mnie tak, jak zachód słońca zalewa plażę; leniwie, ale niepowstrzymanie. – Będę cię dotykał, będę cię całował, będę z tobą rozmawiał, będę przy tobie. Nie odpędzisz mnie od siebie; nie teraz. Powiedz mi tylko, kto.
-Nie. Nie czas na to, a poza tym, nic byś nie wskórał. Nie możesz uratować wszystkich, Harry. Nie mogłeś mi pomóc. Nie było cię tam.
-Tak – szepnąłem drżącym głosem. – Nie było mnie tam.
Nie było mnie tam, kiedy mnie potrzebowałeś, pomyślałem z goryczą. Nie było mnie, kiedy chciałeś porozmawiać. Nie było mnie, kiedy… kiedy…
Nawet pomyśleć o tym to było za dużo.
-To moja wina, Harry – odezwał się Draco po chwili. – Nie powinienem w ogóle dać się w to wszystko wplątać. Mogłem uciec. Miałem szansę. Nic nie zrobiłem, nawet nie walczyłem.
W następnej chwili już miałem go w swoich ramionach.
-Ani słowa więcej – mruknąłem prosto w jego szyję. – Cicho. Ani słowa. Nic nie mogłeś zrobić.
-Tak samo jak ty. Nikt nic nie mógł zrobić. A teraz… jestem brudny.
-Powiedziałeś o tym Dumbledore’owi?
-Tak. Nie chciałem, ale… coś we mnie pękło. Powiedziałem mu o wszystkim.
-I co teraz, Draco?
Odpowiedział mi jego szloch.
Nie wiem, jak długo tak siedzieliśmy; ja trzymający go mocno, on zraszający moją koszulę swoimi łzami. Czas odmierzało mi bicie serca, które waliło niczym bokser bliski zwycięstwa. A jednak, mimo, że oczy zasłaniała mi ciężka zasłona czystej furii, pytanie wisiało w powietrzu, niczym topór:
Co teraz…?

skomentuj (58)




2007-02-17 20:56:50 >> Pustka

No dobra. Dobra. Nie bijcie już. Odstawcie kije i grabie, i te płonące pochodnie też. Po co się mają wypalać. Trzeba oszczędzać w dzisiejszych czasach. Ja się nie oszczędzałam, bo przez ten cały czas stukałam w klawiaturę codziennie… tyle, że nie blogowo. Kompletną relację z tych trzech – czterech? – miesięcy znajdziecie tutaj: www.real-draco-maleficium.blog.pl Tam też czekają na was moje marne wymówki, więc jeśli jesteście ciekawi, nad czym to ja tak pracowałam, że o świecie bożym zapomniałam, zapraszam ^^ I chcę tylko powiedzieć, że nie zapomniałam, że pamiętałam cały czas. Bloga nie mam zamiaru porzucać, przynajmniej nie w najbliższej przyszłości. Jeśli taka decyzja miałaby zapaść, powiadomiłabym was o tym. A teraz, już bez zbędnych dłużyzn, zaczynam notkę... która zawiera dość drastyczne sceny. Takie moje ostrzeżenie.

DPOV


Nie musiałem się długo rozglądać, żeby rozpoznać miejsce, w które przeniósł mnie świstoklik. Spędziłem w nim wystarczająco dużo czasu – znałem każdą rysę na kamieniach, każdą plamę rdzy, każde wgłębienie i nierówność sufitu. Nie było w tym mojej specjalnej zasługi, raczej mojego ojca, który zawsze pilnował, żeby mój czas był odpowiednio zagospodarowany.
Świstoklik przeniósł mnie do lochów mojego własnego domu.
- Hm – mruknąłem, pocierając głowę i usilnie grając na czas. – To było raczej nieoczekiwane.
- Można powiedzieć, że jestem znany z nieprzewidywalności – odezwał się Czarny Pan z kąta; na dźwięk jego głosu moja głowa instynktownie popłynęła w dół w oszczędnym pół-ukłonie.
Może zabrzmi to dziwnie, ale tamtej nocy spotkałem go oko w oko po raz pierwszy. Powiecie, że niemożliwe, że syn tak wysoko postawionego śmierciożercy powinien praktycznie siadać z Lordem Voldemortem do herbatki i dyskutować na temat kolorów zasłon? Otóż, jak najbardziej możliwe. Czarny Pan może i zjawiał się czasami w domu – były chwile, które do dzisiaj będę wspominać z pewną dozą dreszczy, kiedy rodzice pospiesznie wysyłali mnie do pokoju i zamykali na klucz, żeby „przywitać pewnego gościa” – ale ja nigdy nie byłem dopuszczony przed jego oblicze. Na zebraniach śmierciożerców byłem obecny jak najbardziej, ponieważ ojciec bardzo stanowczo pragnął, abym się „asymilował” z moją przyszłą sytuacją. Widziałem sporo rzeczy, zwłaszcza podczas ostatnich letnich wakacji, aby się „zasymilować” wystarczająco. Jednak jego nigdy nie było.
Często zastanawiałem się, dlaczego. Czemu, skoro w oczach ojca miałem zostać śmierciożercą, nigdy nie przedstawił mnie formalnie jako kandydata? Czemu tak mnie ograniczał, czemu nie pozwalał mi wchłonąć wszystkiego, co chłonął on sam? Czemu to wszystko było takie pełne sprzeczności?
Teraz rozumiem. Rodzice chcieli mnie po prostu chronić najdłużej, jak tylko mogli.
Nie wiedziałem, jak się zachować. Czy złożyć pokłon? Czy paść na kolana? Czy coś powiedzieć, a jeśli tak, to jakim tonem? Czy miałem spojrzeć mu w oczy, czy wręcz przeciwnie – gapić się w podłogę i udawać, że nagle zobaczyłem tam rzadki okaz dojrzałej mandragory?
Nie miałem o tym wszystkim pojęcia, a czas uciekał. Czułem na sobie uporczywe, płonące spojrzenie, które zdawało się wydobywać ze mnie pokłady strachu z miejsc, o których do tej pory nie miałem nawet pojęcia. Ten wzrok niemalże sam zgiął mi kolana…
…Coś się we mnie obudziło. Coś kliknęło. Jakiś głos, pełen dumy i stary niczym tysiąclecia, wyprostował się z oburzeniem. Malfoyowie nie klękają. Przed nikim. Kropka.
Czy nie tak uczył mnie ojciec?
Najprostszym wyjściem z sytuacji pozostało więc po prostu być Malfoyem.
Wyprostowałem się, podniosłem głowę i spojrzałem prosto w czerwone, kocie oczy, w duchu przyzywając cały legion minionych pokoleń moich przodków, żeby pożyczyli mi swoje pokłady dumy. Wiedziałem, że duma dowolnego Malfoya mogłaby spokojnie kruszyć kamienie.
Lord Voldemort uśmiechnął się ze śladem zadowolenia.
-Przez chwilę bałem się, że przeliczyłem się co do ciebie – szepnął głosem spróchniałym jak kora stuletniego dębu. – Jednak widzę, że krew Lucjusza jest tak silna, jak on sam.
Nie odpowiedziałem. Co niby było do powiedzenia?
-Daj mi to – chuda, posiniała ręka wskazała moją zaciśniętą pięść, gdzie ciągle spoczywał świstoklik.
Poczułem nagły odruch paniki. Gdyby tak upuścić ten przedmiot na ziemię i znowu podnieść? Znalazłbym się ponownie w Zakazanym Lesie, a stamtąd od bezpieczeństwa dzieliłby mnie tylko krótki bieg. Mogłem uciec. Miałem szansę. Mogłem…
…Nie mogłem. Naraziłbym rodziców, wystawiłbym reputację ojca na próbę. On nie mógł sobie pozwolić na jakiekolwiek błędy po tym, jak śmierciożercy zawalili akcję w Ministerstwie. Nie mogłem, po prostu nie mogłem teraz stchórzyć.
Wystawiłem otwartą dłoń w kierunku Voldemorta. Czarny Pan podszedł do mnie powoli, z różdżką wyciągniętą przed siebie. Syknął parę słów, które z pewnością nie były łacińskiego pochodzenia, a to, co leżało na mojej ręce, nagle straciło blask i zaczęło parować. Moje oczy rozszerzyły się ze zdumienia na widok, który się przede mną ukazał: trzymałem w ręku kość.
Ludzką kość.
Instynkt obrzydzenia okazał się silniejszy niż dobre maniery; wydałem z siebie krótki okrzyk i upuściłem kość na ziemię. Stukot, kiedy uderzyła o kamienie, rozbrzmiewał głucho między ścianami długo po tym, jak ostatnie echa umarły.
Lord Voldemort zacmokał z wyższością, jak nauczyciel, którego ulubiony uczeń przyznał się do połamania kredy.
-Czego tu się bać? – spytał spokojnie, różdżką przywołując kość do siebie. – Powinieneś czuć się zaszczycony, chłopcze. Nie każdy miał tyle szczęścia, żeby trzymać w ręku kość samego Salazara Slytherina. A przynajmniej nie każdy miał tyle szczęścia, żeby potem o tym opowiedzieć. Czy masz dzisiaj szczęście, Draco?
-Szczęście jest względne – szepnąłem, po raz kolejny zmuszając się, aby spojrzeć w oczy szkarłatne jak krew rozlana na białej porcelanie.
-Masz rację – Czarny Pan uśmiechnął się.
Z jakiegoś powodu, wcale mnie to nie uspokoiło. W końcu hiena też się uśmiechała.
-Z mojego punktu widzenia, masz szczęście – podjął czarnoksiężnik po niewygodnej chwili milczenia, które syczało jak odpalany knot dynamitu. – Dostarczyłeś mi coś, co okaże się bardzo… przydatne. Jednakże, zwlekałeś. Tak, chłopcze, zwlekałeś. Powiedz mi, kiedy dostałeś wiadomość od ojca? Na początku września, nie mylę się?
-Ja próbowałem…
-Milcz.
Zadziwiające, jak szept potrafi człowieka przygnieść do podłogi.
-Kazałeś mi czekać – syknął Lord Voldemort ze słodyczą, od której pękały góry. – Czy twój ojciec nie nauczył cię, że Czarny Pan nie czeka na nikogo? Miałem plany. Potrzebowałem tej kości we wrześniu, była instrumentalna w tym, do czego dążyłem. Nie wierzę, że Lucjusz jest takim lekkomyślnym ojcem, jakkolwiek niekompetentny się okazał. To prowadzi do jednego wniosku: nie traktujesz mnie poważnie.
Zacisnąłem pięści, kiedy moja głowa ponownie zanurkowała w dół. Czułem, jak lodowaty pot strachu oblewa mnie swoim poniżającym chłodem. Nie byłem odważny, nie byłem Harrym. Bałem się. Dowolny wilkołak byłby w stanie wywąchać mój strach przez całą długość rzeźni. Myślałem o ojcu, o matce czekającej na mnie w szkole. Co on mi zrobi? Czy skończy się na Cruciatusie? Jakie to właściwie uczucie, być torturowanym w inny sposób? Czy może być coś gorszego?
-Co mam zrobić, żebyś wreszcie dorósł i zrozumiał, że miejsce w szeregach śmierciożerców nie jest kolejnym kółkiem zainteresowań po szkole? – rozmyślał na głos Czarny Pan, grając na moim strachu niczym Vivaldi na swoich skrzypcach. –Co mam zrobić, żebyś potraktował mnie poważnie? Jak mogę ci dać pierwszą lekcję lojalności?
Z dziwnych powodów przeczuwałem, że doskonale wiedział.
Chwila ciszy, podczas której mógłbym na podstawie bicia swojego serca odmierzać sekundy. Przeciągała się, ciągnąc za sobą moje nerwy. Nie drżałem – moje ciało było na to zbyt sparaliżowane. Strach dostawał się wszędzie, niczym piasek po dniu na plaży – do mojej krwi, do mojej głowy, do moich mięśni, do mojego umysłu. Wypchnął wszystko inne, zostawił tylko lodowatą chmurę cichej paniki.
Przypomniałem sobie ostatnią rozmowę z ojcem – nie była ciepła. Ostatnie spojrzenie matki, pełne skrywanego zmartwienia. Ostatnie słowa Harry’ego, spokojne, a jednak wywołujące we mnie pokłady zazdrosnego jadu.
Mieliśmy się spotkać po jego powrocie…
Żelazne obcęgi ścisnęły moje gardło i nie puściły.
Kiedy Czarny Pan wreszcie się odezwał, jego głos przeciął ciszę niczym tępy topór.
-Vesper, wiesz, co masz robić – mruknął Lord Voldemort. – Niech to będzie… pouczający wieczór. I niech ktoś przyprowadzi Lucjusza. Nie chcę, żeby przegapił inaugurację swojego syna.
Podniosłem gwałtownie głowę. Inaugurację…? Czy on chciał…?
-Chodź – Robert Vesper bezceremonialnie chwycił mnie za ramię i wyprowadził z głównego pomieszczenia do jednej z mniejszych, pobocznych celi w niszy korytarza.
Odważyłem się zerknąć na jego twarz – jednak nic z niej nie odczytałem. W tamtej chwili twarz tego mężczyzny, którego ledwie znałem, była tak niewzruszona, jak ciemność naokoło nas. Nie wiedziałem wtedy – niby skąd miałem wiedzieć? – że to dlatego, iż Vesper nosił swoją własną ciemność od tak dawna, że się na nią zamknął.
Zazdroszczę mu teraz.
Kiedy wepchnął mnie do celi, zapalił pochodnie – cztery, po jednej na każdej ścianie – i wtedy rozpoznałem pomieszczenie, do którego mnie przyprowadził. Jedna z cel, gdzie więźniowie byli trzymani, czekając na swoją kolej. Jednak teraz, coś nowego przykuło moją uwagę: na środku celi ustawiony został kamienny piedestał, niezbyt wysoki, ale na tyle długi, żeby pomieścić wysokiego człowieka.
Nie wiedziałem, w jaki sposób właściwie odbywało się przyjmowanie nowych śmierciożerców. Być może piedestał był ważnym elementem ceremonii. Jednak, kiedy przypomniałem sobie głos Czarnego Pana i twarz Vespera, naszło nie nieprzyjemne uczucie, że „inauguracja” nie oznaczała tego, co myślałem, że oznaczała.
To, co Vesper powiedział po chwili, tylko pogłębiło moje podejrzenia:
-Rozbieraj się.
-Słucham? – gwałtownie obróciłem się w miejscu i obdarzyłem śmierciożercę zaszokowanym spojrzeniem.
Mężczyzna westchnął.
-Nie uciekniesz od tego – szepnął. – Nikt nie uciekł. Czarny Pan wydał rozkaz, więc po prostu rób, co ci mówię, a to wszystko skończy się szybciej. Nie przeciągaj.
Coś takiego było w jego głosie, co sprawiło, że moja ręka sama powędrowała do klamry peleryny. To był głos człowieka, który na lotni przeleciał przez piekło i zobaczył, co jest po drugiej stronie. Ten głos był pusty, bo pogubił wszystkie emocje po drodze. Ten głos próbował mnie ostrzec.
Kiedy zdjąłem koszulę, zawahałem się. Chłód lochów natychmiast zaatakował moje kości tysiącem kłujących igieł, a ja znieruchomiałem, czując, jak rumieniec wstydu wspina się w górę ku mojej twarzy. Upokorzenie było zbyt wielkie. Nie mogłem tak po prostu rozebrać się do naga.
Vesper westchnął jeszcze raz za moimi plecami; szepnął coś pod nosem, a po chwili poczułem, jak moje ubrania drą się na moim ciele same z siebie.
Chłód i fale upokorzenia sprawiły, że moje mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa.
-Połóż się – powiedział mężczyzna cicho.
Moje nogi poruszyły się same z siebie.
Kiedy magiczne więzy unieruchomiły mnie na piedestale, lodowata fala zrozumienia sprawiła, że oczy zapiekły mnie od łez. Jeśli myślałem, że wcześniej się bałem, teraz było tak, jakby nie było już na świecie nic innego – tylko chłodne kleszcze paniki.
Nie miałem nawet sił, by błagać.
Śmierciożerca zbliżył się do mnie, wyciągając różdżkę. Pierwsze Crucio nie zaskoczyło mnie wcale, ale to nie sprawiło, że tortura była mniej bolesna. Tuż po moim pierwszym krzyku, Vesper cofnął zaklęcie, jednak to mnie wcale nie uspokoiło. Wiedziałem już, że wolałbym, żeby torturował mnie tak przez następną godzinę od tego, o czym wiedziałem już, że miało nastąpić.
Patrzyłem nieruchomo, jak powoli potężny mężczyzna powoli rozpina swoje spodnie. Kiedy wdrapał się na piedestał, jego twarz była czystą tablicą. Jego palce były tak lodowate, jak tańczące ciemności wokół nas, kiedy dotknął moich ud i uniósł je w górę.
-Nie…- zdołałem szepnąć.
A potem ciemności wrzasnęły.
Wdarły się we mnie na spółkę z Vesperem, wypełniając mnie bólem, bólem, bólem. Znikały i pojawiały się znowu z rytmiczną, śmiertelną dokładnością, za każdym razem atakując coraz głębiej, trafniej. Wylatywały moim gardłem, które krzyczało tak, jakby dźwięk był krwią tryskającą z rany po mieczu. Świat drżał, chłód obejmował mnie zdradziecko, moje ciało wykrzywiały dreszcze, więzy wpijały się w mięśnie, a Robert Vesper kołysał się nade mną rytmicznie z zamkniętymi oczami, niczym żagiel podczas burzy. Krzyczałem nawet, kiedy zabrakło mi już głosu – niemo, z otwartymi ustami, wypuszczając ostatnie echa milczącego łkania. A ciemności ciągle znikały i pojawiały się na nowo, głębiej, głębiej, raz, dwa, trzy, zabierając wszystko, przysłaniając wszystko, wypełniając puste miejsca czerwonym bólem.
I wtedy, przez ramię śmierciożercy, dostrzegłem twarz mojego ojca.
Wszystko zniknęło. Nawet ból. Cisza. Nic. Pustka, wypełniająca mnie od zewnątrz, wpływająca we mnie z zewnątrz, przynosząca odrętwienie. I tylko te szare, stalowe oczy, wlepione we mnie z wyrazem czarnej pustki – tej samej, która obezwładniła i mnie.
Ciemności ciągle tańczyły…

* * *

Nieczysty.
To jedno słowo towarzyszyło mi, kiedy, niczym pijany bólem, ciągnąłem moje ciało do przodu korytarzem Hogwartu.
Nieczysty.
Pochodnie oświetlały mi drogę, a cień, jaki rzucały na ściany, zdawał się szydzić ze mnie i rzucać we mnie kamieniami wspomnień.
Całość mojej „inauguracji” nie trwała długo, jak mi potem powiedzieli. Kiedy Vesper skończył, Czarny Pan łaskawie pozwolił mi się ubrać i wrócić do zamku. Odtransportowali mnie do Zakazanego Lasu, tak daleko, jak tylko pozwalały im na to zaklęcia wokół szkoły. Miałem tam czekać na dalsze instrukcje, które nadejdą od matki. Ona nie wiedziała o niczym, co zaszło.
Nieczysty.
Ominąłem Wielką Salę szerokim łukiem – gwar rozmów dopływający stamtąd bolał. Powietrze bolało. Światło bolało. Chciałem tylko znaleźć się gdzieś, gdzie nikt nie usłyszałby moich łez, moich krzyków. Gdzie mógłbym zniknąć, z dala od świata. Gdzie mógłbym spokojnie krwawić.
Jednak kiedy zacząłem schodzić do lochów, z naprzeciwka nadszedł Harry Potter.
Spojrzeliśmy sobie w oczy przez chwilę, która wydawała się tysiącleciem. Miliony obrazów i myśli przefiladowały przez moją głowę, sprawiając, że niemal upadłem na ziemię. On nie mógł się dowiedzieć! Nie mógł mnie zobaczyć w takim stanie! Nie mógł mnie dotknąć!
Jestem nieczysty…
-Draco – szepnął Harry, z uśmiechem głębokiej ulgi i uczucia malującym się na jego twarzy. – Martwiłem się…
Wyciągnął rękę, żeby mnie dotknąć. Odskoczyłem.
-Co się stało?
-Nie – wykrztusiłem przez gardło zapchane łzami. –Nie dotykaj mnie.
Jego oczy rozszerzyły się w zaalarmowanym zdumieniu, pojawił się w nich niepokój, zagrało zmartwienie. Będzie chciał wyjaśnień. Nie mogłem mu nic powiedzieć. Nie mogłem na niego spojrzeć. Nie zasługiwałem na to.
Zdradziłem go. Splamiłem się. Byłem nieczysty.
-Proszę… -szepnąłem, kiedy podszedł bliżej; łzy oślepiły mnie, zamazały świat niczym plama szarej farby. – Proszę, nie dotykaj mnie!
Odepchnąłem go, popędziłem w dół, przed siebie, prosto w ciemność. Jego krzyk za moimi plecami odbił się od ścian i wsiąknął w mury.
Nieczysty, nieczysty, nieczysty…!
Tamtą noc spędziłem, klęcząc pod prysznicem. Huk wody zagłuszał moje jęki. Nie odróżniałem od niej własnych łez. Skulony, obejmując ramionami kolana, kołysałem się w przód i w tył z szeroko otwartymi oczami, a woda obmywała mnie kaskadą, mieszała się z łzami, dławiła mój histeryczny szloch.
Nieczysty…


skomentuj (41)




2006-10-02 01:10:59 >> Szpital i "choroba"

Podejrzewam, że powinnam Was przeprosić – dodanie tej notki planowałam troszkę wcześniej, niż pozwoliły mi na to warunki. W każdym razie jest mi tutaj dobrze (a na pewno lepiej, niż się spodziewałam), da się przestawić, chociaż czasami miewam „momenty” – ale to normalna kolej rzeczy. W szkole radzę sobie dobrze (póki co, z testów i prac domowych mam same full score, a nawet się nie uczę!), dostałam się do świetnego chóru koncertowego i szykujemy się do większego koncertu z Detroit Symphony Orchestra tej jesieni. Poznałam mnóstwo ludzi (pozdrawiam Kozue z Japonii!), międzynarodowe rotariańskie towarzystwo, a moja pierwsza rodzina to wspaniali ludzie. Czego jeszcze można chcieć…? Wiem, czego, ale na to poczekam do czerwca… a teraz dziękuję za cierpliwość i ciepłe słowa otuchy, bardzo mi pomogły. Chyba najlepiej odwdzięczę się, umieszczając dalszy ciąg, jak sądzicie…? :)


HPOV


Draco niczego nie ułatwiał.
Kiedy opuszczałem tamten pokój, przypomniałem sobie, dlaczego przez te wszystkie lata tak bardzo go nie znosiłem. Gniewać się na Dracona… nie sądziłem, że będzie to jeszcze możliwe, a jednak. Niektórych rzeczy chyba nie da się zmienić.
Czemu on jest taki… dziecinny?! Przecież dobrze wiedział, jak ważne jest dla mnie zdrowie Lupina. Spotkałem się z nim, omówiliśmy kilka spraw i sądziłem, że tym razem udało się nam wyjść z tego wszystkiego w jakiś cywilizowany sposób. A jednak, mimo wszystko, potrafił sprawić, że czułem się winny. Tylko dlatego, że chciałem odwiedzić bliską osobę w szpitalu i nie mogłem spotkać się z nim tego wieczoru. Winny.
To wszystko zmierzało w złym kierunku.
Nie, otrząsnąłem się, nie pozwól mu wywoływać u siebie wyrzutów sumienia. Nie masz powodów. Nie. Nie zrobiłeś nic złego, spotkałeś się z nim przecież, wyjaśniłeś parę spraw. Tylko, że on też wyjaśnił…
… i tu był problem.
Chciałem biec do niego, chwycić go w ramiona tak, żeby nam obu zabrakło tchu. To, co zrobił, świadczyło o uczuciu. Nie byłem jeszcze pewien, o jakie uczucie dokładnie chodziło, ale wiedziałem już, że mnie potrzebował, że chciał być ze mną. Chyba wtedy po raz pierwszy poczułem się, jakbyśmy naprawdę byli parą. Draco przyznał to tym małym, krótkim pocałunkiem, choć być może sam o tym nie wiedział. Chciałem z nim zostać z całego serca… ale było przecież życie poza tym małym pokoikiem, toczyło się bez naszej zgody i jeśli dalej bym je ignorował, zmiażdżyłoby swoimi kołami nas obu.
To było logiczne.
Ktoś z nas musiał myśleć logicznie…

* * *
… tylko dlaczego, na demony, to musiałem być ja?
-Jeszcze jednego tosta, Harry, kochanieńki?
-Dziękuję, pani Weasley, jestem pełny- zaprotestowałem słabo, kiedy Molly Weasley machnęła mi przed oczami patelnią nieziemsko pachnących tostów francuskich.
Kuchnia w domu przy Grimmauld Place pełna była podobnych zapachów, odkąd Molly Weasley uczyniła z niej swoją prywatną fortecę. Dopijałem powoli herbaty, a wokół mnie rozmaici członkowie Zakonu Feniksa przychodzili i odchodzili, nie poświęcając nam zbytniej uwagi. Prawdopodobnie ja, Ron i Hermiona zostaliśmy sklasyfikowani jako „stali bywalcy”.
Nie mogłem powiedzieć, że mnie to cieszyło.
-Wychodzimy za jakieś dziesięć minut- poinformowała nas Tonks od drzwi; tego dnia jej włosy były ciemne, w kolorze, którego nie potrafiłem dokładnie określić, i krótko przycięte.
Dom odciskał piętno nawet na niej, pomyślałem ponuro.
Dumbledore nie stwarzał problemów – kiedy tylko pojawiliśmy się w jego gabinecie oświadczył, że możemy iść. Nie pytaliśmy, skąd wiedział; po sześciu latach nauczyliśmy się już tego i owego. Wieczorem cała nasza trójka proszkiem Fiuu przeniosła się do rezydencji Blacków, gdzie z miejsca zostaliśmy zaciągnięci na ciepły posiłek.
Nieoceniona pani Weasley…
Skupiłem się na obserwowaniu ludzi; to było proste. Zabawiałem umysł, zauważając szczegóły, doklejając etykietki i rozpoznając imiona tych, którzy co parę sekund otwierali i zamykali drzwi, kręcili się wokół, powiedzieli parę słów, rzucili parę spojrzeń, znikali za drzwiami. Dom przy Grimmauld Place przeżywał obecnie coś, co z braku lepszego określenia można było nazwać renesansem; prawdopodobnie nie był tak ożywiony od setek lat. Aurorzy zawsze wyglądali na zajętych, i prawdopodobnie byli, a na pewno stwarzali wokół siebie aurę ludzi, którzy wiedzą, co robią, choć być może woleliby robić co innego. Obserwowanie tej nieprzerwanej fali twarzy dostarczyło mi jakiegoś zajęcia i podejrzewałem, że to było moim zbawieniem – przynajmniej powstrzymywało zdradziecką pamięć od podsuwania mi co boleśniejszych obrazów.
Większość z nich zawierała w sobie Syriusza.
Syriusz…
… odcisnął swój wyraźny ślad w tych murach. Podejrzewałem, że gdybym spędził tu parę dłuższych chwil w ciszy, sam wokół tych milczących murów, usłyszałbym echo jego głosu, odgłos ciężkich kroków na skrzypiących deskach parkietu. Poczułbym jego zapach i przez chwilę, przez jedną, krótką chwilę byłoby tak, jakby Ministerstwo Magii nigdy nie miało miejsca.
A potem moment rozprysnąłby się w ciemności i znowu byłbym sam. Tylko, że tym razem byłoby jeszcze trudniej…
I trudniej, i trudniej, i trudniej.
Nie myśl o nim, to była żelazna zasada. Pamiętaj, ale nie rozpamiętywaj. Inaczej stracisz rozum i jedyne, co będziesz mógł zrobić dla jego pamięci, to latanie naokoło sąsiedztwa z własną bielizną na głowie. Nie – zachowaj wspomnienia zamknięte bezpiecznie, pod kluczem. Kiedy będą ci potrzebne, przekręć zamek – a one przyjdą.
Być może wtedy będziesz mógł pomóc nie tylko sobie, ale i innym.
Na przykład Draconowi.
-Harry?
-Hm?- uniosłem głowę na Rona, który obserwował mnie z dziwnym wyrazem twarzy i z widelcem w połowie drogi do ust.
-Dobrze się czujesz?- spytał; Hermiona obdarzyła mnie przelotnym spojrzeniem.
-Hm, tak. Ee… jasne. Czemu pytasz?
-Bo gapiłeś się w puste miejsca na ścianie przez jakieś dziesięć minut. Chyba nie myślisz o… o…
-W porządku, Ron- odsunąłem krzesło, odrobinę szybciej, niż powinienem, i spojrzałem na Tonks.
Skinęła głową i narzuciła płaszcz na ramiona. Ron i Hermiona wstali powoli i całą trójką ruszyliśmy ku drzwiom, rzucając słowa pożegnania pani Weasley.
Tonks otworzyła drzwi i wszyscy wyszliśmy prosto w zimny, atramentowy wieczór.

* * *

Jest coś takiego w szpitalach, uznałem, kiedy jedna z uzdrowicielek prowadziła nas wąskim korytarzem, a nasze kroki echo niosło między ściany. Ta atmosfera, ten zapach, charakterystyczny dla wszystkich placówek zdrowotnych. To uczucie, że zaraz za rogiem zobaczysz człowieka z uciętą nogą, milczącego staruszka podtrzymywanego przez litościwie uśmiechniętą pielęgniarkę… albo nosze z ciałem przykrytym białym prześcieradłem. Ta atmosfera sprawiała, że człowiek bezwiednie oglądał się naokoło tylko po to, żeby desperacko patrzeć na ściany i uciekać oczami od wzroku wszystkich naokoło. Nie było słów, które można by powiedzieć lekkim, konwersacyjnym tonem w szpitalu – wsiąkały, rozpływały się, połknięte przez ciszę i nieruchome spojrzenia, i pozostawiały tylko uczucie zakłopotania.
Nie znosiłem szpitali.
Ron i Hermiona zbliżyli się do mnie instynktownie, kiedy skręciliśmy w korytarz, gdzie cisza stała się bardziej… wymowna. Tutaj leżeli ci, których stan był szczególny, a nadzieja uciekała z wiatrem przez półotwarte okna. Moje serce biło szybciej i głośniej z każdym krokiem, skóra zaczynała świerzbieć… Lupin.
Przygotowywałem się na widok, jaki mogłem zastać i skupiłem się na zachowaniu niewzruszonej twarzy i tylko dlatego nie zadrżałem, kiedy wreszcie zobaczyłem Remusa. Nie sprawiło to jednak, że widok był łatwiejszy do zniesienia.
-Ach…- zwrócił twarz w naszą stronę i uśmiechnął się, a moje serce skurczyło się nagle kiedy zobaczyłem, że sporo go to kosztowało.- Harry… Ron… Hermiona… Tonks. Jesteście. To… świetnie. Chodźcie bliżej, usiądźcie. Zdaję sobie sprawę, że widok nie jest najprzyjemniejszy i przykro mi, że musicie na to patrzeć…
-Bzdura- powiedziałem szybko, przystawiając krzesło przy łóżku, i uśmiechnąłem się wbrew wszystkiemu wokół.- Wyglądasz świetnie.
Spojrzał na mnie ciepło, a jego oczy zabłysły, kiedy uśmiech poszerzył się nieznacznie.
-… ale jest coś, co powinienem… co muszę wam powiedzieć- dokończył.
-Jak się czujesz?- spytała cicho Hermiona.
-Z pewnością lepiej, niż wyglądam- odparł Lupin- Nie jest aż tak źle, jak wszyscy naokoło opowiadają. Wilkołaki są niezłe, jeśli chodzi o regenerację. W zasadzie… jesteśmy z tego znani. Kiedy rani nas inny wilkołak, cóż… wtedy zaczynają się problemy. Znamy nawzajem nasze ciała, nasze… słabości. Dlatego to wszystko zajmuje tyle czasu. Jednak… nie jest to nic, z czego nie mógłbym się wykaraskać- uśmiechnął się ponownie.- Spokój i trochę opieki, to wszystko. Nie pozbędziecie się mnie tak łatwo.
W milczeniu spojrzałem na jego ręce, pokryte bliznami i siniakami; na jego twarz, gdzie świeże rany dopiero się goiły, a gruby bandaż zakrywał lewe oko; na pierś przykrytą opatrunkami; na cienie pod zdrowym okiem i zmarszczki. Przynajmniej tutaj nie było rurek, plastikowych torebek z dziwnymi, bulgoczącymi płynami i urządzeń, które robiły „Biiiiip!”. To nie był mugolski szpital. Dzięki Bogu.
-Posłuchajcie, bo to dosyć ważne- Lupin spoważniał i dał nam znak, żebyśmy pochylili się bliżej- Wiecie, że zaatakował mnie Fenrir Greyback?
Skinęliśmy głowami. Kątem oka dostrzegłem, że Tonks znika za drzwiami.
-On czegoś pilnował- podjął Lupin- a przynajmniej chciał odciągnąć mnie od domu Malfoyów. Tego jesteśmy pewni. Wiemy na około osiemdziesiąt procent, że ukrywał się tam wtedy Lucjusz Malfoy, prawdopodobnie razem ze sporą grupą zbiegłych śmierciożerców i bardzo możliwe, że pracowali nad czymś ważnym. Dlatego całe to zamieszane w Salisbury miało miejsce- nie mogli pozwolić, żeby Zakon to odkrył.
-Ale dlaczego w takim razie nie zrobili tego po cichu?- spytała Hermiona, marszcząc czoło- Chyba zależałoby im na dyskrecji…?
-Najwyraźniej nie znasz starego Greybacka, Hermino- stwierdził Lupin ponuro- Być może dostał rozkaz, żeby pozbyć się mnie po cichu, ale dla niego rozkaz to ledwie ogólna wskazówka. On uwielbia rzeź. Jest jednym z tych, co uważają dzień za stracony, jeśli nie pobiją się chociaż raz. Bardzo trudno jest kontrolować wilkołaka, jeśli ten nie chce być kontrolowany, wierzcie mi. Voldemort musiał podejrzewać, co z tego wyniknie, ale tylko wilkołak jest skuteczny przeciw innemu wilkołakowi… i prawdopodobnie był przygotowany na ewentualną niesubordynację, byle tylko pozbyć się Zakonu z terenów wokół Salisbury. To tylko utwierdza nas w przekonaniu, że coś niezmiernie ważnego działo się na dworze Malfoyów.
-A potem Narcyza Malfoy zniknęła- szepnął Ron.
-Tak. Kiedy wreszcie udało nam się dokonać jakiejkolwiek inspekcji, okazało się, że dom był pusty. Oczywiście, mnie tam nie było, bo od czasu tamtej… ach… potyczki… jestem przykuty do łóżka. Ale… czytałem raporty. Cała rezydencja była opustoszała. Żadnej służby. Tylko skrzaty, a nikt nie potrafi dochować tajemnicy tak, jak one. Nie powiedziały ani słowa. Prawdopodobnie zostały zaczarowane.
-To nieludzkie- wyrwało się Hermionie.
-Z pewnością niekonieczne. Kiedy skrzat dostaje rozkaz, żeby milczeć, milczy. Trudno znaleźć wierniejszą służbę. A jednak Malfoyowie uważali, że muszą się dodatkowo zabezpieczyć… To tylko potwierdza nasze przypuszczenia. Nie mamy pojęcia, co stało się z panią Malfoy. Szczerze mówiąc, mieliśmy cichą nadzieję, że damy radę w końcu nakłonić ją do współpracy.
-Co?!- syknął Ron- Waliliście się ostatnio w głowę skrzynią z tłuczkami? Malfoyowie są źli!
-Narcyza jest inteligentną kobietą, a ponadto bardzo kocha swojego syna i męża- powiedział Lupin spokojnie- Nie współpracowała ze śmierciożercami, to wiemy na pewno. Woli trzymać się z boku. Myśleliśmy, że dałoby się ją przekonać, żeby ukryła się razem z synem pod naszą opieką i może trochę pomogła. Moglibyśmy nawet zaoferować pewne ustępstwa w stosunku do Lucjusza. Ale teraz… niektórzy myślą nawet, że nie żyje, chociaż ja osobiście uważam to za bardzo wątpliwe. Lucjusz jest dumnym człowiekiem i kocha swoją rodzinę…
Wszyscy troje prychnęliśmy z powątpiewaniem.
-… w pewien dziwny, osobisty sposób. Nie pozwoliłby, żeby spotkała ich krzywda, choćby dlatego, że jest na to zbyt dumny. To potężny czarodziej, jeden z najsilniejszych śmierciożerców. Voldemort musi się z nim liczyć… nawet, jeśli udaje, że nie.
-Masz jakieś podejrzenia co do Narcyzy Malfoy?- spytałem cicho.
-Możliwe, że uciekła. Możliwe, że zmusili ją, żeby odeszła. Nie wiem. Czy… zauważyliście jakieś znaki u Dracona? Czy zachowywał się jakoś… inaczej? Nie sądzę, żeby został powiadomiony o szczegółach, to byłoby zbyt ryzykowne, ale… on zna swoją rodzinę lepiej, niż ktokolwiek inny. Może się czegoś domyślać. Zauważyliście cokolwiek?
Nagle zdałem sobie sprawę, że wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Świadomy byłem zwłaszcza uważnego, świdrującego spojrzenia Hermiony. Oho- czas na ostrożność.
-On twierdzi, że jego matka żyje- powiedziałem powoli, ważąc w myślach każde słowo- Jest o tym przekonany. Ja… słyszałem, jak o tym rozmawiał. Z Parkinson. Nie widział mnie. Tak.
-Biedny chłopiec- szepnął Lupin, co wywołało chwilę niewygodnej ciszy; każdy z nas w myślach podczepił własny komentarz pod tymi słowami.
-Przeszukaliśmy dom- podjął Lupin po chwili milczenia- a przynajmniej te pomieszczenia, których nie broniły klątwy, czyli jakąś połowę posesji. Nie znaleźliśmy nic, co wyglądałoby podejrzanie, być może dlatego, że nie wiedzieliśmy na dobrą sprawę, czego tak naprawdę szukamy. Z pewnością żadne zbrodnicze artefakty, trucizny czy magiczne miecze nie leżały na wierzchu. Nie było żadnych magicznych kręgów czy śladów po niebezpiecznych rytuałach. Oczywiście, że nie- w końcu mamy do czynienia z inteligentnymi ludźmi. Jeden z Aurorów znalazł coś podejrzanego na podłodze, ale okazało się, że to tylko okruchy rozbitego szkła.
-Nic podejrzanego- mruknął Ron.
-Czy ja wiem…?- zamyśliła się Hermiona.- Skąd mogło się tam wziąć?
-Może rozbili jakąś butelkę, uciekając- mruknąłem- Jest tysiąc możliwości.
-Dokładnie. Wiemy jednak tyle: śmierciożercom potrzebne jest coś, co znajduje się na terenie Hogwartu.
Gwałtownie wstrzymałem oddech.
-Skąd wiesz?
-Bo Zakon znalazł mapę szkoły, naprędce naszkicowaną i wepchniętą pod sofę. Nie ma innej możliwości- tu musi być Hogwart. W dodatku ktoś zaznaczył ogromnym iksem miejsce gdzieś w Zakazanym Lesie. Reszta to tylko kwestia dedukcji.
Chciałem zatrzasnąć uszy. Nie słyszeć. Nie wiedzieć. Gdybym przyznał, że wiem, musiałbym też przyznać, że wiem, co Draco robił w Zakazanym Lesie… tamtej nocy. Pomagał śmierciożercom. Nie było innego wyjaśnienia… albo inaczej: były, było ich tysiące. Ale każde z nich było uciekaniem od prawdy.
Pomagał śmierciożercom.
-Przy iksie były inicjały S.S.- podjął Lupin.
-S.S.?- powtórzyła Hermiona sceptycznie.- Cóż, jest jedno nazwisko, które od razu nasuwa się na myśl…
-Hę?- odwrócił się do niej Ron, a dziewczyna przewróciła oczami.
-Salazar Slytherin- powiedziała tonem wyższości; zapewne nie mogła się powstrzymać.
-Z pewnością to nie jedyna osoba o inicjałach S.S.- mruknął mój przyjaciel z nadąsaną miną.
-Ale to jego imię jest najbardziej prawdopodobne, jeśli w kontekście mamy kogoś takiego, jak Voldemort.
-Hermiona ma rację, faktycznie pomyśleliśmy o nim, jednak nie mamy pojęcia, co takiego mogłoby być ukryte w lesie, co byłoby z nim powiązane- wtrącił Lupin- Jedyny sposób, żeby się przekonać, to odnaleźć to wcześniej.
-Dlatego nam to mówisz- powiedziałem głucho- Chcecie, żebyśmy wam pomogli.
-Nie, Harry, to ja chcę, żebyście spróbowali się czegoś dowiedzieć na ten temat. Jesteście w szkole, możecie mieć oko na młodego Malfoya. Skoro to coś jest w Hogwarcie, bardzo prawdopodobne, że będą się chcieli nim posłużyć. Chcę, żebyście go… przypilnowali.
-Snape nie może się tym zająć?- spytał Ron z nagłą odrazą na twarzy, jakby właśnie przeżuwał w ustach wielkiego karalucha.
-Severus… jest zajęty.
-Zaraz, zaraz- wtrąciłem- S.S….
-Nie, Harry, nie zaczynaj- przerwał mi łagodnie Lupin- Wiem, o czym myślisz- dodał, kiedy gwałtownie otworzyłem usta- ale mało prawdopodobne, że inicjały oznaczają „Severus Snape”. On jest po naszej stronie i śmierciożercy doskonale o tym wiedzą.
-My nie wiemy- odparłem chłodno.
-Zaufanie Dumbledore’a całkowicie mi wystarcza- powiedział spokojnie Lupin- Nie bylibyśmy w stanie osiągnąć tego, co osiągnęliśmy, gdyby nie pomoc Severusa. Trwa wojna i chyba czas odwiesić stare porachunki na wieszak, nie sądzicie? Nie chcecie przecież walczyć u boku kogoś, o kim nie wiecie, że nagle nie dźgnie was nożem…
-Dokładnie- odparł Ron.
-… a Severus tego nie zrobi. Wiem o tym.
-Przecież wy się nie znosicie!
-Bardzo mi pomógł, Ron, a to oznacza, że on jest w stanie odwrócić się od przeszłości- w głosie Lupina pojawił się delikatny odcień upomnienia.
-Tak, jasne- mruknąłem sceptycznie.
-Proszę was tylko, żebyście spróbowali się czegoś dowiedzieć, to wszystko. Wierzę w was. Ostatecznie, żadna trójka do tej pory nie dokonała tyle, co wy.
Uśmiechnął się, ale widziałem, że był wyczerpany konwersacją. Ron i Hermiona myśleli o tym samym; jednomyślnie zakończyliśmy rozmowę, wstaliśmy i pożegnaliśmy się taktownie, nie chcąc go dłużej męczyć. Kiedy wychodziliśmy, czułem na sobie jego uważne spojrzenie.
A więc… czas działać, pomyślałem ponuro, kiedy wracaliśmy tym samym, cichym korytarzem. Nie ma już miejsca na zwlekanie. Nie ma wymówek. Dostałem zadanie, bardzo wyraźne i jasne. Dowiedzieć się tyle, ile zdołam.
Draco…
Gdybyś tylko wiedział, jak bardzo mnie to boli.
Ale nie mogłem już myśleć tylko o sobie. Draco coś wiedział. Być może byłby w stanie nam pomóc. Może… może zda sobie sprawę, że w ten sposób pomoże także sobie.
Mogłem tylko mieć nadzieję.

* * *

Wróciliśmy do zamku następnego ranka, prosto na śniadanie. Żadne z nas nie mówiło wiele; każdego zbyt pochłaniały własne myśli, ciężkie podejrzenia. Nawet nie staraliśmy się o pozory niewinnej pogawędki. Nie było takiej potrzeby.
Na pytania, gdzie byliśmy, odpowiadaliśmy zgodnie, że odwiedzaliśmy chorego przyjaciela. To nie było kłamstwo - to po prostu było nie-mówienie całej prawdy. Przyłapałem się na tym, że nerwowo przeszukiwałem stół Slytherinu w poszukiwaniu błysku platynowych włosów… ale na próżno. Czekałem, specjalnie ociągałem się ze śniadaniem; może zaraz się zjawi, może przyjdzie później, może jeszcze trochę… ale nic z tego. Draco się nie pojawił.
Może nie był głodny, powtarzałem sobie w kółko. Tak. To musi być to. Albo zszedł na śniadanie wcześniej, na pewno. Nie ma powodów do zmartwień. Absolutnie.
Jednak z każdą minutą moje serce, bardzo irracjonalnie, kurczyło się o milimetr.
W końcu wstałem i złapałem Zabiniego na korytarzu. Nie zaszkodzi spytać, prawda…? W końcu dodatkowe eliksiry… trzeba się umówić na następną sesję, prawda…? Nawet Zabini nie mógłby znaleźć nic podejrzanego w tym pytaniu…
…jak się okazało, mógł.
-Co ci do tego, gdzie jest Draco?- spytał chłodno, ale zignorowałem jego ton; w porównaniu ze Snape’em czy Malfoyami, w dziedzinie Lodowatego Głosu Blaise był zaledwie raczkującym amatorem.
-Mówiłem: chcę się umówić na dzisiaj na korki- powtórzyłem cierpliwie- Mógłbyś mi powiedzieć, gdzie on jest?
-Bo co?
No dobra, opcja Grzecznego Chłopca właśnie się wyczerpała. Czas przełączyć się na inny tryb.
Błyskawicznie przyskoczyłem do niego, chwyciłem jego łokieć, zakręciłem nim jak lalką i uderzyłem jego plecami o ścianę, po czym siłą wciągnąłem go w wygodną niszę i przystawiłem różdżkę prosto do gardła, zanim zdążył zareagować. Nie myślałem o tym, co robię. Moje mięśnie myślały za mnie. Czasami okazywały się mądrzejsze.
-Masz dwie opcje, tak, jak ja to widzę- syknąłem- Może pójść łatwo, rozumiesz, albo może pójść bardzo łatwo. Nadążasz? Świetnie. Tylko skiń głową. Dobry chłopak. Powtórzę ostatni raz: Gdzie. Jest. Malfoy?
-Grlrrllgharghlh.
-Och. Przepraszam- odsunąłem trochę różdżkę- Tak lepiej? Tylko skiń głową. Świetnie. Więc?
-Nie ma go- syknął Zabini, jednak miał tyle przyzwoitości, żeby nie krzyczeć.
-Jak to?
-Nie ma! Zniknął, jasne? Nie wiemy, gdzie się podział. Zniknął w nocy, bo jak około pierwszej poszedłem się napić, to jego łóżko… było… puste… -urwał. Chyba zdał sobie sprawę, że powiedział odrobinę za dużo i że Draco raczej nie będzie z tego powodu zadowolony, ale jego tutaj nie było. Byłem za to ja i kawałek drewna, który w tym momencie mierzył prosto w jego arterię. To zdawało mocno do niego przemawiać.
-Nie wiem, gdzie jest- powtórzył.- Jasne? Mogę już iść?
Uwierzyłem mu. Jednak, z dziwnych powodów to sprawiło, że sytuacja stała się jeszcze gorsza.
Uciekł, kiedy odsunąłem się od niego, ale nie zwracałem już na niego uwagi. Zniknął…
choroba.

skomentuj (43)




2006-08-14 19:20:18 >> Słowa i postanowienia

Jak widzę, zagmatwanie historii wywołało niemałe poruszenie :) Miło widzieć, że tak bardzo martwicie się o biednego Pottera, ale bez obaw- na nie miejsce przyjdzie potem… ponieważ, jako, że mam trochę sadystyczną naturę czasami, zamierzam trochę pomęczyć bohaterów, a oczekiwany MOMENT nastąpi bardzo szybko… poprzedzony raczej paskudnymi i tragicznymi wydarzeniami. Dlatego już się zamykam i pozwalam pracować Waszej wyobraźni ;) Poza tym zapraszam na forum zrobione przez Shieldmaiden, które działa od niedawna, a które jest miejscem niezwykle wręcz sympatycznym- kierujcie się do buttonu nad linkami! I uprzedzam: ta notka jest naprawdę dłuuuga, żebyście miały co czytać podczas mojej nieobecności. Goldi, to dla ciebie- bo będę cholernie tęsknić…

DPOV


-Draco? Co ty mu tam napisałeś?- trąciła mnie łokciem Pansy, sącząca właśnie sok pomarańczowy i obserwując Pottera spod zmrużonych powiek.
-Wysłałem mu nasz wspólny skecz pod tytułem „10 Sposobów na Zamordowanie Pottera”- mruknąłem w odpowiedzi, uważnie przyglądając się reakcji Harry’ego na moją skromną notatkę.
Spojrzał na mnie z powagą na twarzy- był to widok na tyle niezwykły, że przez moment niemal zapomniałem o mojej złości i upokorzeniu.
Niemal.
-Nie wygląda na przestraszonego- stwierdziła moja przyjaciółka- Dodałeś rysunki?
-Tak, nawet kolor- westchnąłem, powracając do swojego śniadania z przeświadczeniem, że nic więcej nie mogłem zrobić i że pozostało mi czekać do dziesiątej.
Z pewnością nie zamierzałem pozwolić, żeby taki Potter popsuł mi dzień. I absolutnie nie zamierzałem myśleć o jego ciele tak blisko mnie. Ani o jego ustach, oczach, włosach… absolutnie o niczym, co było z nim związane.
Tylko że, do jasnej cholery, właśnie o tym wszystkim myślałem.
Zdecydowanym ruchem nabrałem na widelec porcję jajecznicy i z furią wbiłem wzrok w swoją szklankę z sokiem. Nagle zdałem sobie sprawę, jak bardzo opuściłem się praktycznie ze wszystkim w ciągu tych kilku tygodni. Moje rozpoczęte prace domowe leżały sobie w torbie, czekając na chwilę mojej uwagi. Sprawdziany i testy (których, na szczęście, było bardzo mało w tym okresie) niemal wołały o pomstę do nieba. Nie wspominając już o eliksirze niewidzialności, który miał być moim projektem dla Snape’a pod koniec roku. A także o quidditchu.
Mój Nimbus 2001 leżał sobie w kącie przy łóżku i zbierał kurz…
Poza tym…
… poza tym było ciągle jeszcze to zadanie od śmierciożerców, które unosiło się nade mną niczym nadzwyczaj złośliwa burzowa chmura. Jeśli jeszcze trochę to odwlekę, mogę się przygotować chyba tylko na pioruny… wymierzone nie tylko we mnie.
Postanowiłem.
Dzisiejszy dzień spędzę w bibliotece, szukając wszystkiego na temat Strażników i tego, jak ich w miarę bezpiecznie ominąć. Musiałem wydostać to coś, co leżało zakopane w Zakazanym Lesie.
Spróbuję jeszcze raz dziś wieczorem.
Po śniadaniu wstałem i – razem z Crabbe’em i Goyle’em – wyszedłem z Wielkiej Sali z silnym postanowieniem przetrząśnięcia całej biblioteki, łącznie z sekcją ksiąg zakazanych, jeśli taka zajdzie potrzeba. Z całą pewnością nie mogłem sobie pozwolić na myśli o Harrym Potterze; on niech zaczeka do dziesiątej. Wtedy wszystko się okaże.
Jednak los chciał, że „wszystko” okazało się znacznie wcześniej, bo już przy schodach zatrzymał nas gorączkowy okrzyk.
-Malfoy, czekaj!
Miałem wielką ochotę udać, że nie słyszałem i iść dalej; sam dźwięk tego głosu wlał we mnie fale gniewu, które jeszcze wczoraj wieczorem zalewały mnie całego i topiły w swoich wzburzonych odmętach. Niestety – głos Pottera wywołał także coś innego, jakby oczekiwanie z iskierką nadziei, która kazała mi wbrew sobie zatrzymać się w pół kroku.
Vincent i Greg już pocierali swoje pięści.
-Czekaj – Potter dobiegł do nas, zdyszany, i nawet nie spojrzał na moich „przyjaciół”.
Cały blask tego zielonego spojrzenia poświęcony był tylko i wyłącznie mnie… nagle poczułem silną chęć, żeby uciec spojrzeniem gdzieś w bok. Ten blask był bolesny. Tak jakby mnie oślepiał.
-Czego chcesz?- spytałem zamiast tego, usilnie patrząc w te dwa reflektory, jakby dając mu do zrozumienia, jak bardzo jestem wściekły.
-Porozmawiać- wydyszał – Teraz. Na temat… tej pracy na eliksiry. To… bardzo pilne.
-Rozumiem, że wielki Harry Potter nie jest przyzwyczajony do tego, że każe mu się czekać… Wybacz mi, o wielki, że tym razem cię do tego zmuszam, ale, jakkolwiek trudno ci pewnie w to uwierzyć, mam na głowie nie tylko ciebie ale i własne życie. Spotkamy się wieczorem- stwierdziłem wyniośle i odwróciłem się, żeby odejść.
Jednak on był szybszy – złapał mnie pod łokieć w kurczowym uścisku, zanim zdążyłem zrobić pierwszy krok ku schodom.
-Proszę- szepnął, a w jego oczach zabłysła desperacja- To naprawdę ważne.
Przez moment, na widok tego błagalnego spojrzenia, mój gniew nagle nieco wyblakł; dostrzegłem w jego oczach cierpienie i powagę, co skłoniło mnie do myśli, że może wczoraj wydarzyło się coś poważniejszego, niż przypuszczałem.
Jednak natychmiast zdusiłem w sobie te uczucia – to jego wina, jego i tylko jego, i tak powinienem myśleć przez cały czas. Takie myślenie było najbezpieczniejsze. Nie przynosiło niewygodnych pytań. Nie skłaniało do zastanawiania się nad wszystkim. Nie sprowadzało wątpliwości.
A jednak odprawiłem wtedy swoją obstawę i pozwoliłem się poprowadzić w górę, ku „naszemu” pokoikowi, chociaż starałem się, żeby moja twarz pozostawała nieruchomą maską idealnego gniewu. Potter nie puścił mojego ramienia; trzymał je przy sobie w żelaznym uścisku, jak gdyby się bał, że jeśli mnie puści, zniknę bezpowrotnie. W ogóle nie przejmował się tym, że mijani uczniowie spoglądali na nas z kompletnym zaskoczeniem i że po chwili za naszymi plecami wybuchły małe eksplozje nerwowych szeptów; zdawało się, że nic nie powstrzyma jego zdeterminowanego marszu.
Nagle odkryłem, całkowicie nieoczekiwanie i absolutnie wbrew samemu sobie, że to jego zdecydowanie jest całkiem… podniecające.
Zaraz mentalnie spoliczkowałem sam siebie za podobne myślenie.
Otworzył drzwi do pokoiku, kiedy nikt nie widział, niemalże wepchnął mnie do środka i pospiesznie zamknął wejście. Potem, dość nieśmiało w porównaniu z jego zachowaniem sprzed paru sekund, poprosił, żebym usiadł.
Z czystej przekory skrzyżowałem ręce na piersi i oparłem się o ścianę naprzeciw niego.
Westchnął ciężko i sam zajął miejsce na swoim fotelu, tak, jak wczoraj. Zauważyłem, że lekko zacisnął pięści na siedzeniu i skulił się w sobie – niechybny znak, że chciał powiedzieć mi coś, czego prawdopodobnie nie chciałem usłyszeć.
Mimowolnie poczułem chłód.
-Powiedz mi- zacząłem niskim szeptem- cóż to takiego nie może zaczekać do wieczora?
-Właśnie dlatego tak bardzo chciałem z tobą porozmawiać- zaczął cicho- Żebyś nie myślał, że wystawiłem cię do wiatru.
-Och, nie?- nie mogłem powstrzymać fali sarkazmu- Czyli to, co zrobiłeś wczoraj, mam czytać jako akt miłosierdzia?
-Przepraszam za to- podniósł głowę i spojrzał mi w oczy, a wyraz jego twarzy zamknął mi usta lepiej, niż najskuteczniejsza kłódka- Powinienem zostać wtedy i porozmawiać o tym. Ale, widzisz… jeśli chodzi o niektóre sprawy, słynna gryfońska odwaga nagle wydaje się mocno przereklamowana- uśmiechnął się niewyraźnie, ale w tym uśmiechu nie było śladu po jego zwykłej wesołości; tylko obawa.
Westchnąłem ciężko i usiadłem naprzeciw niego; zapowiadało się na dłuższą konfrontację.
-Krótko mówiąc, stchórzyłeś- skwitowałem- Nazwijmy rzeczy po imieniu.
-Tak, stchórzyłem- przyznał z westchnieniem- Czasami tak jest, kiedy chodzi o sprawy… naprawdę ważne.
Przez moment patrzyliśmy sobie w oczy, niepewni, jaki ma być nasz następny krok. Na demony, nie miałem doświadczenia w podobnych rozmowach… Kłótnie, owszem, na porządną kłótnię byłem gotowy zawsze i wszędzie. Ale to…?
-Dlaczego uciekłeś?- spytałem powoli- Co takiego się wydarzyło, że nagle zebrało ci się na wątpliwości? Czyżby już ci się odwidziało?
Starałem się ubrać te słowa w mundurek ironii, naprawdę się starałem. Choćby dla samego siebie; żeby nie wierzyć, nie ufać, że było w tym wszystkim coś poważniejszego. Miałem wrażenie, że jeśli jeszcze raz uwierzę, kolejny cios okaże się nie do zniesienia.
Jednak odkryłem, że opuszczają mnie powoli wszystkie siły; kiedy tak patrzyłem na niego, czekając na odpowiedź, drżałem wewnątrz jak liść rzucany przez wiatr w coraz to nowe kałuże. Bałem się tej odpowiedzi.
-Nie- odparł po długiej chwili milczenia, która ciągnęła się niczym przybita do drewnianego koła tortur- To nie o to chodzi. Po prostu… bałem się, że jeśli pociągniemy to o ten jeden stopień dalej, skrzywdzimy się tylko. Nie chcę cię skrzywdzić- powiedział nagle głośniej, patrząc mi w oczy wzrokiem pełnym desperackiego krzyku o zrozumienie- Chcę cię chronić. Jeśli to oznacza… oddalenie się… to ja…
-O czym ty w ogóle mówisz?- szepnąłem nagle, zaciskając pięści; zdradziecka wilgoć zaczęła zbierać się w moich oczach, a ja czułem się tym bardziej bezradny, bo nie potrafiłem- nie chciałem- przyznać przed samym sobą, skąd właściwie się wzięła- O co ci chodzi? Całe to gadanie… to wszystko… skąd to się w ogóle wzięło? Mówisz, że chcesz mnie chronić… dlaczego? Dlaczego, do jasnej cholery, zacząłeś to wszystko? Przecież wiesz… ja mam zobowiązania wobec rodziny, mam życie, którego ty nigdy nawet nie chciałeś zrozumieć… od samego początku to wszystko było takie łatwe, takie oczywiste, a teraz… dlaczego? Powiedz mi, dlaczego?
Patrzyłem, jak wstaje, jak podchodzi, jak klęka przede mną i bierze moją twarz w swoje dłonie. Przełknąłem łzy i z całej siły nie pozwalałem im popłynąć; patrzyłem mu w oczy, nagle słaby, bezbronny.
Czemu tak bardzo chciałem, żeby okazał się tym, który będzie w stanie mnie podnieść…?
Czułym gestem zebrał mi włosy z oczu, drugą rękę położył na mojej zaciśniętej pięści.
-Ja… -zaczął, jakby chciał powiedzieć mi coś bardzo ważnego; nie chciałem uwierzyć w to, co podpowiadało mi zdradziecko serce, a jednak wstrzymałem oddech w tej krótkiej chwili.- Ja… Draco…
Nagle spojrzał w bok, jakby ta bitwa okazała się dla niego w tej chwili zbyt ciężka do stoczenia.
-Wiesz… -zaczął od nowa- Rozmawiałem dzisiaj z jednym chłopakiem z pierwszego roku, ze Slytherinu…
Zamarłem.
-Czy nazywał się Collins?- spytałem szeptem ciężkim od podejrzeń.- Archie Collins?
Spojrzał na mnie, zaskoczony.
-Tak- przyznał- Skąd wiesz?
-Co ci powiedział?- spytałem szybko.
-Coś dziwnego- Harry lekko spuścił wzrok- Powiedział, że może… powinniśmy zrobić sobie przerwę. Żeby pomyśleć. Czy… czy myślisz, że powinniśmy…?
Wstałem nagle, a on powtórzył moje ruchy. Staliśmy bardzo blisko, ale żaden z nas nie uczynił żadnego ruchu, aby przełamać ten dystans- zupełnie, jakbyśmy zamienili się w posągi.
-Czy tego właśnie chcesz?- spytałem cicho- Przerwy? A może zwyczajnie zakończmy to szaleństwo i nie wracajmy do tego więcej!
-Nie!- wykrzyknął szybko- Po prostu… myślałem…
-Ach, myślałeś, co?- mruknąłem sarkastycznie- Taki z ciebie myśliciel?
Zarumienił się lekko, ale zignorował moją uwagę. Nagle chwycił mnie za ramiona.
-Nie chcę niczego kończyć- powiedział z niezwykłą u niego powagą i determinacją, do której nie byłem przyzwyczajony- Dlatego właśnie jestem tu z tobą teraz. Wierz mi, lub nie, ale chcę dla ciebie jak najlepiej… dlatego pytam: czego tak naprawdę ty chcesz?
Ciebie, chciałem krzyknąć. Ciebie i ciepła, jakim emanujesz, a jakie dopiero teraz zacząłem odkrywać. Ciebie i twoich ramion, które dają bezpieczeństwo. Twojego zapachu. Twojego uśmiechu. Twoich ust. Ciebie.
Zamiast tego pocałowałem go krótko. Nie byłem w stanie w inny sposób wyrazić tych wszystkich emocji, które niemal mnie zadławiły.
Objął mnie powoli, a ja przylgnąłem do niego jak bezbronne dziecko. Czułem, że gdyby mnie puścił, upadłbym na podłogę jak lalka z odciętymi sznurkami.
Kiedy przestałem wstydzić się przed nim swoich chwil słabości…?
-Draco…-szepnął w moje ucho.
Przylgnąłem jeszcze bardziej do jego ramienia.
-Przyjdź dzisiaj wieczorem- odpowiedziałem również szeptem- Proszę.
-Nie mogę- odpowiedział zbolałym głosem.
-Czemu?
Odsunąłem się nagle, napełniony irytacją. Jednak przytrzymał mnie i twardo spojrzał mi w oczy.
-Napisał do nas Lupin- powiedział powoli- Jest w szpitalu, w ciężkim stanie. Prosi, żebyśmy odwiedzili go dziś wieczór. Pisze, że to pilne.
-Ach- uśmiechnąłem się ponuro, czując, jak kwas, który wyparował ledwie przed chwilą, sączy się we mnie z powrotem- A ty lecisz do niego jak na skrzydłach na każde zawołanie?
-To ważne- powtórzył spokojnie- On jest naprawdę w ciężkim stanie i kto wie… muszę tam iść.
-Oczywiście- odparłem gorzko i stanowczo głośniej, niż powinienem- Jasne, że tak. Idź. Droga wolna.
-Nie bądź dziecinny- jego spokojny głos nabrał delikatnych nut irytacji- Wrócę najszybciej, jak mogę i wtedy się spotkamy. Obiecuję. Ale dzisiaj naprawdę muszę go odwiedzić.
-Rób, jak chcesz, w końcu to twoje życie- wyrwałem się z jego ramion i odstąpiłem parę kroków- Idź już, pewnie musisz się przygotować.
Westchnął i zrezygnował z prób czułego pożegnania, widząc moje mordercze spojrzenie.
-Porozmawiamy, jak wrócę, mam nadzieję- spróbował uśmiechnąć się do mnie serdecznie na odchodnym, ale nie dałem się oczarować.
Patrzyłem tylko nieruchomo, jak drzwi zamykają się za nim… a kwas sączył się coraz głębiej.

* * *

-Czemu rozmawiałaś z Potterem, matko?
Oczy mojej matki spojrzały na mnie z głębin orzechowych źrenic Archiego Collinsa. Zmarszczyła brwi.
-Powiedział ci o naszym małym spotkaniu?- spytała cicho.
Pokręciłem głową, pochylony nad książką.
Siedzieliśmy w bibliotece, udając, że pomagam młodszemu koledze w lekcjach. Był to najwygodniejszy sposób, żeby porozmawiać, nie ściągając na siebie podejrzliwych spojrzeń. W bibliotece każdy skupiał się na własnych problemach i nie zwracał uwagi na innych- o ile nie podnosiliśmy głosów i wyglądaliśmy na skupionych, mieliśmy święty spokój.
-To nieważne- mruknąłem- Dlaczego to zrobiłaś?
-Dla twojego dobra- odparła ledwo słyszalnym szeptem- Widziałam, w jakim stanie byłeś wczoraj. Ten chłopak sprowadzi na ciebie więcej nieszczęść, niż możesz przypuszczać.
-Ale sama mówiłaś, żebym słuchał serca- odparłem z wyrzutem- Że chcesz mojego szczęścia.
-To prawda- odpowiedziała stanowczo- Ale przede wszystkim chcę twojego bezpieczeństwa, a jeśli cały czas będziesz chodził z głową w chmurach, nigdy nie wykonasz tego zadania. To nie jest zabawa, Draco, grozi ci śmierć. Tobie i nam wszystkim.
-Zdaję sobie z tego sprawę, dziękuję za pocieszenie.
-Jak ty się odzywasz do matki- syknęła z wyrzutem- Chcę ci pomóc.
-Przepraszam, przepraszam- mruknąłem i szybko pochyliłem się nad książką; bibliotekarka mijała nas z sępim spojrzeniem.
-Turcy zdobyli Konstantynopol w 1453-udałem, że głośno czytam- Miało to ogromne znaczenie dla magów bizantyjskich…
-Znalazłam dla ciebie formułę- szepnęła moja matka, wsuwając mi w dłoń jakiś świstek papieru- Było w jednej księdze w domu. Powinno zneutralizować Strażnika na czas wystarczająco długi, żebyś wyjął to, cokolwiek jest tam do wyjęcia.
-Dziękuję- odparłem również szeptem i natychmiast podniosłem głos, bo pani Pince świdrowała nas czujnie niczym reflektorami- …Natomiast początki wampiryzmu w Europie Wschodniej sięgają 1476 roku, kiedy to zmarł Vlad Dracula, zwany również Palownikiem…
-Pójdę tam dziś w nocy- oznajmiłem, kiedy tylko bibliotekarka spojrzała w inną stronę.-Sam.
-Tylko bądź ostrożny- matka nagle ścisnęła moją rękę.
Spojrzałem jej w oczy i spróbowałem wykrzesać z siebie uśmiech.

* * *

Zaczekałem do północy, zanim chyłkiem wyśliznąłem się z dormitorium z różdżką w jednej, i z pergaminem od matki w drugiej ręce. Nad zamkiem wisiała ciężka kurtyna ciszy- jak zawsze w podobnych miejscach, kiedy noc obejmuje je swoim władaniem.
Moje ostrożne kroki, cichy szelest peleryny i stonowany oddech były jedynymi dźwiękami, które rozrywały to majestatyczne królestwo nocy. Cisza sączyła się z murów, wyłaniała z mroku, szemrała wśród portretów, obejmowała mnie niczym zdradliwa kochanka, pełna tych wszystkich niemych odgłosów, które odzywały się tylko w wyobraźni.
Prawie biegłem, jedną ręką dotykając muru i niemal na oślep macając swoją drogę ku wyjściu z Hogwartu- nie śmiałem oświetlać sobie drogi różdżką i zwracać uwagę potencjalnych nauczycieli, chociaż technicznie byłem prefektem i miałem prawo wędrować po korytarzach po zmroku.
Nie chciałem żadnych pytań, żadnego opóźnienia.
Kiedy znalazłem się na błoniach, puściłem się biegiem w kierunku Zakazanego Lasu, rozglądając się nerwowo i szukając wzrokiem Hagrida. Zobaczyłem światło w jego chatce, kiedy oparłem się o jedno z drzew, i uśmiechnąłem się pod nosem.
Nic nie powinno mi tym razem przeszkodzić.
A już na pewno nie Harry.
Na myśl o nim poczułem nagłe uczucie winy; w końcu to, co teraz robiłem, było właściwie zdradą. Pomagałem śmierciożercom, wykonywałem to, co powierzył mi Voldemort, chociaż on- Harry- zapewniał mnie, że mam wybór.
Z drugiej strony, jego tu nie było. W tej chwili prawdopodobnie siedział przy tym wilkołaku… poza tym, nie znał mojej sytuacji. Co niby mógłby wiedzieć o wyborach? Owszem, miałem wybór. Polegał na tym, że mogłem wybierać pomiędzy wykonaniem zadania a śmiercią. Jakoś nie przypuszczałem, że byłbym szczególnie pociągający jako trup.
Tak myślałem, ostrożnie zapuszczając się coraz dalej między milczące, wiejące grozą drzewa. Wyjąłem z kieszeni szaty mapę od ojca i oświetliłem ją różdżką- byłem na dobrej drodze.
Po chwili zbliżyłem się do polany, na której kiedyś leżałem w kałuży krwi. Rozpoznałem to miejsce od razu; światło księżyca, nieśmiało przebijające się przez chmury, znaczyło swoją delikatną smugą dokładnie to miejsce, gdzie mieścił się dobrze strzeżony „skarb”.
Zaczerpnąłem głęboko powietrza, zebrałem się w sobie i wyszedłem na środek polany, czując mimowolne dreszcze targające całym ciałem. Przyklęknąłem ostrożnie parę centymetrów od oznaczonego miejsca i rozwinąłem pergamin od matki.
Była tam łacińska formuła, nakreślona odręcznym, eleganckim pismem charakterystycznym dla Malfoyów. W wolnym tłumaczeniu oznaczała mniej więcej: W ciemności trwają ci, których światło wyklęło/ Wieczna noc ich nosi w objęciach./ Przyjmij zatem krew podłego przeklętego/i utul w ciemności zaklęciach.
Wypowiedziałem to na głos, dotykając różdżką ziemi, i syknąłem, kiedy nagle na spodzie mojej prawej dłoni pojawiła się długa rana; otworzyła się, a krew spłynęła wzdłuż niej, po różdżce w dół, na ziemię.
Przez chwilę nic się nie działo i już myślałem, że moja matka pomyliła zaklęcia… jednak po paru minutach zerwał się wiatr, który rzucił mi w oczy liście i zmroził chłodem. Okryłem się ciaśniej peleryną i zacisnąłem oczy, w które wciskał się piasek.
Po chwili poczułem, że ziemia drży; zaryzykowałem i otworzyłem oczy.
Przede mną otwierał się dół, z którego z sykiem sączyła się mgła, kłębiąca się niczym chmury w trakcie huraganu i układająca się w zarys postaci. Wtem w dole zamigotał jakiś okrągły, srebrny obiekt- chwyciłem go, zanim Strażnik zdołał w pełni obudzić się z transu i zareagować.
Kiedy jednak moje palce zacisnęły się na przedmiocie i wyciągnąłem go z magicznej otchłani, poczułem gwałtowne zawirowanie powietrza wokół siebie; pęd, ssanie, lekkość, nieprzyjemnie pociągnięcie w okolicach brzucha…
…twardość.
Uderzyłem z głuchym stukiem w zimną, kamienną podłogę i chwilę trwało, zanim zdałem sobie sprawę, że obiekt w mojej kurczowo zaciśniętej dłoni był tak naprawdę świstoklikiem.
Jednak nie musiałem się długo zastanawiać nad tym, gdzie jestem; po chwili czyjeś silne, stanowcze ramiona podniosły mnie siłą na nogi i spojrzałem prosto w zimne, ciemne oczy Roberta Vespera.
-Odsuń się, Vesper, chcę przywitać gościa- rozległ się głos, który nieprzyjemnie przypominał syk starych, butwiejących już i wyschniętych pergaminów.
Dobiegał gdzieś z kąta pokoju.
Vesper odsunął się ode mnie, a ja, kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do wilgotnego mroku odkryłem, że stoję oko w oko z Lordem Voldemortem.



skomentuj (28)




2006-07-02 17:16:51 >> Dziwne rady i karteczki śniadaniowe

Tak, jestem wredną, leniwą, niegrzeczną dziewczynką. Tak, jestem okrutną sadystką. Tak, mam „mały” kryzys twórczy i nie bardzo wiem, co pisać. Tak, ta notka będzie prowadzić się sama, bo mój mózg – szczerze mówiąc – jakoś ostatnio nie chce współgrać z moimi palcami, kiedy te tańczą po klawiaturze. Mam nadzieję, że to się szybko skończy, bo zaczynam… tak, zaczynam powieść. Jeszcze jedną. O jakże dziwnym tytule „Uskrzydleni”. Mam zamiar założyć dla niej bloga (jeszcze jeden!!! Uzależniłam się!), gdzie umieszczałabym napisane fragmenty „na świeżo”, bo jak piszę tylko dla siebie to nic nie udaje mi się skończyć. Może coś z tego wyjdzie… zobaczymy. A teraz moment, którego nie mogę już odwlekać: sama notka. Nie bijcie zbyt mocno! ^^

HPOV


Już dawno nauczyłem się, że nic tak nie uwalnia myśli jak latanie.
Dlatego z samego rana, zanim jeszcze wszyscy moi współlokatorzy zaczęli przecierać oczy, wstałem, wziąłem swoją ukochaną Błyskawicę i ruszyłem na boisko quidditcha po tych parę chwil wolności, które uda mi się ukraść.
Kiedy wiatr bije w twarz… kiedy twoje nogi dyndają na niesamowitych wysokościach… kiedy od swobodnego spadku nie dzieli cię nic oprócz cienkiego kawałka drewna… kiedy każdy nieostrożny ruch może skończyć się śmiertelnie… kiedy samotnie prujesz powietrze, wiedząc, że oprócz ptaków, z którymi dzielisz tą przestrzeń, przestworza nie należą do nikogo innego… kiedy nic nie jest w stanie ściągnąć cię na dół, nawet grawitacja robi sobie metaforyczną przerwę na papierosa… wtedy czujesz, co to znaczy prawdziwa wolność.
Nigdy nie miałem dosyć latania. Nawet teraz, kiedy ponad pięć lat minęło od momentu, gdy po raz pierwszy przekroczyłem progi Hogwartu, za każdym razem dosiadałem Błyskawicy z tą samą iskierką adrenaliny i radości, z tym samym podekscytowaniem. Z przeczuciem, że oto swoboda i wolność są na wyciągnięcie ręki- machają do mnie gdzieś tam, z nieba, i jedyne, co muszę zrobić, aby ich dosięgnąć, to odbić się stopami od ziemi.
W takich chwilach wszelkie wątpliwości co do wyższości świata magii nad światem, który tak dobrze poznałem przez jedenaście lat życia, wyparowywały wraz z mijającym mnie w pędzie powietrzem. Magia, która potrafiła dać człowiekowi możliwość latania, jest najwspanialszym elementem świata.
Żaden samolot nigdy nie będzie w stanie zastąpić tych sensacji.
Oczywiście, tamtego konkretnego ranka nie myślałem w tych kategoriach; mój umysł zaprzątały sprawy o wiele bardziej przyziemne.
Jak mogłem teraz spojrzeć w oczy Draconowi? To była nasza pierwsza poważniejsza scysja, odkąd zaprosiłem go na lot Błyskawicą tamtej nocy. Chociaż nie- właściwie nie była to nawet porządna kłótnia. Sądziłem, że z kłótnią mógłbym się uporać; trochę wrzasków, trochę złych spojrzeń, a potem rehabilitacja. Swoiste oczyszczenie niezdrowej sytuacji.
Ale oczywiście, będąc sobą, musiałem coś spieprzyć, bo jakże by inaczej. Harry Potter, Chłopiec, Który Zawsze Walnie Jakiś Idiotyzm Na Randce- oto właśnie ja. Taka Hermiona, na przykład, usiadłaby zapewne i przystąpiła do rozmowy, rozwiewając wszelkie możliwe wątpliwości i przystąpiłaby do szukania możliwych rozwiązań. Asertywnie, na chłodno, rozsądnie. Na pewno pomyślałaby z pięć razy, zanim uciekłaby z rozgorączkowanych objęć Dracona Malfoya, rzucając jakiś żałosny tekst o tym, że za wcześnie, że nie chce go skrzywdzić.
Chociaż Hermiona z racji technicznych raczej nie musiałaby mówić podobnych rzeczy.
Problem w tym, że naprawdę nie chciałem go skrzywdzić. A wiedziałem, że go skrzywdzę, jeśli zostanę w tamtym pokoju choćby minutę dłużej. Nie potrafiłem mu tego w tamtej chwili wytłumaczyć. Nigdy nie potrafiłem rozsądnie działać i myśleć w trakcie stresujących sytuacji; dopiero po fakcie głowę bombardowały mi niezliczone wyjścia i słowa, które wyratowałyby mnie i wszystkich wokół ze znacznie mniejszymi ofiarami.
Podobnie było i tym razem.
Powinienem z nim porozmawiać, myślałem, kiedy pod moimi stopami z zadziwiającą prędkością przesuwały się trybuny stadionu. Powinienem wyjaśnić swoje wątpliwości. Powinienem postawić sprawę jasno.
Ale jaką sprawę? To, że on był synem śmierciożercy, a ja kimś, kogo wszyscy uważali za pewnego wybawiciela? Że dzieliła nas przepaść, której nie mogliśmy przez wieczność ignorować? On sam zapewne wiedział o tym doskonale, a jednak zdecydował się. Zamknął oczy i skoczył w dół, trzymając mnie za rękę i ufając, że go nie puszczę.
Chciałem spadać wraz z nim. Sęk w tym, że chyba powinniśmy raczej spróbować wspinać się w górę, świadomie… albo chociaż spadać z otwartymi oczami.
A może to wcale nie było takie poetyckie, jak chciałem to widzieć? Może po prostu zagrały w nas obu hormony? Nie… tym razem wiedziałem z marmurową pewnością, że nie pozwolę tak tego spłycać. Kochałem Dracona.
„Każdy człowiek zabija to, co kocha”…
Cóż, może jest w tej sentencji element prawdy…
Mogłem tylko wyobrażać sobie to wszystko, co czuł Draco, kiedy zamknąłem drzwi. Jak zareaguje, kiedy spróbuję się zbliżyć? Odepchnie mnie?
Nagle uznałem, że tak byłoby najlepiej. Nie byłem w stanie odejść od niego, ale gdyby sam mnie odepchnął, dał znak, żebym spadał w czorty, przynajmniej wiedziałbym, na jakim gruncie stoję. Nie wyrzuciłbym go z serca- na to nie mogłem się zdobyć- ale przynajmniej wiedziałbym, że jest już nieosiągalny. A tak… czego on właściwie pragnął? Czy sam wiedział?
Nagle usłyszałem jakiś dźwięk; dobiegał z daleka, gdzieś spoza ściany dźwięku stworzonej przez pęd powietrza.
Pojedyncze oklaski.
Zawróciłem powoli nad stadion, żeby przekonać się, kto tam był. Zobaczyłem małego chłopaka, pierwszoroczniaka w szatach Slytherinu, który stał na ławce i oklaskiwał mnie gorąco, uśmiechając się szeroko mimo chłodu. Podleciałem do niego i uśmiechnąłem się niewyraźnie.
-Cześć- przywitałem się ostrożnie- Nie powinieneś być na śniadaniu?
-O tej porze sala jest prawie pusta- odparł chłopak, wciąż przyjaźnie szczerząc zęby; widok zgoła niezwykły jak na Ślizgona- Nudziło mi się i przyszedłem tutaj. Latasz naprawdę niesamowicie!
-Eee… dzięki- spuściłem nieco wzrok- Słuchaj, może powinieneś już…
-Jestem Archie Collins- przedstawił mi się nagle chłopak- To mój pierwszy rok. Długo czekałem, żeby wreszcie móc cię poznać!
-Eee… to miło- przyznałem niepewnie; jakim cudem ten mały wylądował w Slytherinie?!- Masz do mnie jakąś sprawę?
-W zasadzie to…- Collins wydał się nagle zakłopotany- chciałem cię o coś spytać.
-Tak?- zsiadłem z miotły i usiadłem na ławce obok niego.
Zabawne, ale chłopak miał w sobie coś takiego, że chciało się go słuchać. Coś w nim wydawało się intrygujące; coś więcej niż to, że w Slytherinie znalazł się chyba wyłącznie przez przypadek.
-No tak- wyznał Archie, grzebiąc nerwowo butem w ziemi- Bo widzisz, jest u nas taki chłopak, którego bardzo podziwiam… znasz go, nazywa się Draco Malfoy.
-Tak, znam go- uśmiechnąłem się krzywo mimo woli- Mamy za sobą długą historię… znajomości.
-Słyszałem- uśmiechnął się Collins- Wasze „znajomości” przeszły do legendy szkoły.
-No i co z tym Malfoyem?
-Wiem, że udziela ci korepetycji z eliksirów- wyznał mały- I wiem, że wczoraj mieliście spotkanie. Kiedy wrócił wczoraj, był bardzo wzburzony. Tak, że nawet mnie nie zauważył… chyba nie zauważył nikogo w Pokoju Wspólnym. Widzisz, ja nie chcę, żeby on się martwił, bo wtedy w Slytherinie jest strasznie drętwo i aż ciarki chodzą człowiekowi po plecach. Coś się stało… między wami? Znaczy, coś poważniejszego niż zazwyczaj?
-Mała kłótnia- skłamałem, patrząc uważnie na mojego rozmówcę, nagle zaniepokojony; ile on wiedział…?
-Mała? Czy trochę więcej niż mała?
-Może trochę więcej- przyznałem ostrożnie- Dlaczego pytasz? My się kłócimy na okrągło, ludzie przychodzą prawie z popcornem, żeby popatrzeć na nasze pojedynki.
-No tak… ale ostatnio jest tak jakby inaczej, nie? Znaczy, czasami… tego… tak jakby czasami można was zobaczyć razem trochę częściej. I, tego… jakby nie kłócicie się już tak ostro, jak dawniej i w ogóle…
-Coś sugerujesz?- uniosłem podejrzliwie brwi.
-Nie, skądże! Po prostu uznałem, że nie chcę kolejnego tygodnia z dreszczami na plecach i grobowej ciszy za każdym razem, kiedy Draco wejdzie do salonu. Jeśli coś się stało między wami… poważniejszego… może mógłbym jakoś pomóc?
-Nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł tu pomóc- wyznałem- Sami musimy to załatwić. To… zbyt zagmatwane.
-To może dajcie sobie czas?- wyskoczył nagle Archie- Trochę tak jakby na wstrzymanie… żeby odetchnąć, pomyśleć i potem wrócić do… korepetycji.
Uniosłem na niego głowę i spróbowałem odczytać z jego twarzy jakieś sugestie fałszu, ironii… czegokolwiek. Nie znalazłem. Patrzyła na mnie idealnie nieruchoma, pokerowa twarz, która niemal biła od niewinności i szczerej troski. Aż zbyt idealnej, żeby mogła być prawdziwa. Podobną widywałem tylko na obliczu Molly Weasley.
-Czas…- zwiesiłem głowę- Być może…
-Pomyśl- Collins wstał nagle, uśmiechając się ciepło- Może w ten sposób naprawdę zostaniesz takim bohaterem, na jakiego kreują cię ludzie.
Odbiegł natychmiast, nie dając mi czasu na reakcję. A ja gapiłem się za nim z dość niemądrze otwartymi ustami, zaskoczony atakującym mnie tak nagle aforyzmem. Co on miał na myśli…?
Zastanawiałem się nad tym przez całą drogę z powrotem do zamku, a kiedy zasiadłem do śniadania, to krótkie zdanie ciągle nie dawało mi spokoju.
Jednak, jak mogłem się spodziewać, z chwilą, kiedy usiadłem między przyjaciółmi liczba rzeczy nie dających mi spokoju dramatycznie wzrosła.
-Gdzieś ty był?!- przywitał mnie ciepło Ron, opryskując mnie hojnie okruszkami z przegryzanego aktualnie tosta- I co się stało wczoraj w nocy?
-Nie dasz mi z tym spokoju, co?- spytałem ponuro.
-Nie- oświadczył z prostotą Ron- Jesteś moim kumplem i masz mi się spowiadać, czy ci się to podoba, czy nie, młody człowieku. Co ci zrobił Malfoy?
-A co miał mi zrobić?
-Harry! Nie udawaj, że nic się nie stało… nie po tym, w jakim stanie cię wczoraj widziałem. Ten debil znowu ci coś powiedział, prawda? Wiedziałem! Żałosna fretka, pięć minut nie wytrzyma bez obrażania wszystkiego wokół…
-Nie, Ron, spokojnie- spróbowałem go jakoś usadzić- Nic mi nie powiedział. Hm… dlatego byłbym wdzięczny, gdybyś nie próbował na niego napadać w ciemnych korytarzach, żeby się zemścić. Dziękuję.
-Ale…
-Ron, zostaw go w spokoju- wtrąciła się nagle Hermiona- Harry powie nam o wszystkim, kiedy tylko będzie gotowy. Prawda, Harry?
Nie mogłem uciec przed jej spojrzeniem. To, co patrzyło z oczu Hermiony na człowieka, to był on sam, obnażony na krytykę- i nie było przed tym ucieczki.
-Oczywiście- odparłem potulnie, jak dziecko zgromione przez wychowankę za podkradanie słodyczy- Nie musicie się martwić.
-To świetnie- oceniła Hermiona- Może w takim razie zajmiemy się tymi eliksirami dla Snape’a, nie zostało już wiele czasu…
-Hermiona!- jęknął Ron, ale nie dane mu było dokończyć; tuż przy moim talerzu wylądowała z łoskotem obca, zmęczona sowa, do której nóżki przywiązany był mały liścik.
Odwiązałem go ostrożnie i przeczytałem szybko. Z każdym słowem dreszcze na moich plecach stawały się zimniejsze.
-Chodzi o Lupina- powiedziałem wreszcie, starając się odzyskać- Tonks pisze, że poczuł się gorzej i że chce nas widzieć. Dzisiaj.
-O Boże- oczy Hermiony rozszerzyły się z troską- Tyle czasu minęło od tamtego wypadku… Myślicie, że to coś poważniejszego?
-Inaczej chyba by nas nie wzywali, prawda?- odparłem ponuro, po czym dodałem z nagłym poczuciem winy- Już dawno powinniśmy go odwiedzić.
-W takim razie musimy iść do dyrektora i powiedzieć mu o wszystkim-zdecydowała Hermiona.
Wtedy wylądowała przede mną jeszcze jedna wiadomość, tym razem nie przywiązana do sowy, ale złożona w eleganckiego ptaka, który magicznie przyfrunął prosto w mój talerz. Natychmiast rozpoznałem ten styl.
Nie pomyliłem się; na kartce widniała bardzo lakoniczna wiadomość, która jednak w zupełności przekazywała swoją treść.

Potter,
czekam na ciebie o dziesiątej. Wiesz, gdzie. Jeśli nie przyjdziesz, nie sprawiaj sobie więcej trudu patrzenia mi w oczy. Mam nadzieję, że zrozumiałeś sugestię.
D.M.





skomentuj (38)




2006-06-05 19:20:03 >> Niespodzianka :)

Tak… widząc, że poprzednia notka wywołała małą dyskusję (która niejako bardzo mi schlebiła ^^) zdecydowałam się jakoś wynagrodzić Wam tą ostatnią część, która faktycznie była poniżej poprzeczki. Miałam nadzieję, że nie zauważycie, ale uważne czytelniczki wyłapią wszystko… na szczęście :) Jest ona zatem dla wszystkich- a w szczególności dla Villemo, która dzielnie mnie broniła i za to jestem jej szczególnie wdzięczna, a także dla Goldi- nie wiem, jak ja bez Ciebie wytrzymam w tych Stanach! Pomysł z „mały głosik sumienia’s POV” niezmiernie przypadł mi do gustu, ale byłby dosyć trudny do zrealizowania ^^

DPOV


Długo gapiłem się w zamknięte drzwi, nie mogąc uwierzyć w to, co zaszło.
On…
…on najzwyczajniej w świecie uciekł!
On, Harry Potter, Złoty Chłopiec Gryffindoru, on, który zaczął to wszystko, całując mnie wtedy na błoniach, on, który tak znany był z tego, że nigdy nie cofa się przed zagrożeniem, zwyczajnie podwinął ogon pod siebie i uciekł!
Na przemian zaciskałem i rozluźniałem pięści, czując beznadziejną frustrację, irytację, wściekłość, a także żal. Czułem się w jakiś sposób oszukany. Zostawił mnie tutaj, choć dobrze wiedział… Musiał wiedzieć… A ja… Myślałem… Chciałem mu wierzyć… To było takie…
W przypływie furii kopnąłem stół, który wywrócił się razem ze wszystkimi pergaminami i książkami na podłogę. Huk nie usatysfakcjonował mnie jednak. Kopnąłem fotel i osunąłem się na dywan, wciąż patrząc na zatrzaśnięte drzwi.
Oszukał mnie, a ja pozwoliłem się oszukać. Podarował mi coś, co nigdy nie istniało, a ja, głupi, idiota, przyjąłem to, nawet nie próbując podejść do tego rozsądnie. Jak mogłem być taki… naiwny! Jak mogłem sądzić, choćby przez chwilę, że chociaż jedna sekunda z tego była prawdziwa? Harry Potter… Zbawca całego świata czarodziejów… Uznał, że znudziła mu się jego zabawka, że boi się odpowiedzialności i że najlepiej po prostu się wycofać!
To było dziecinne myślenie, rozżalenie rozpuszczonego, naiwnego dzieciaka, i gdzieś w głębi serca wiedziałem o tym, kiedy zaciskałem pięści na dywanie. Ale nie mogłem powstrzymać tej goryczy, która wzbierała we mnie z siłą rozpędzającego się tornada, a która powstała… gdzie? Dlaczego? Dlatego, że Harry uznał- nie, Potter uznał, że nie ma ochoty na… na seks?
Czy naprawdę byłem już aż tak zredukowany do zwierzęcia, które wpada w szał, jeśli nie dostanie tego, czego pragnie? Czy pozwoliłem już, żeby kontrolę przejęły najniższe instynkty?
Nie. To było coś znacznie głębszego, coś, co wzbierało z samej głębi mojej piersi, ściskało serce w rozżarzone obcęgi gniewu i nie puszczało. Nie puści, wiedziałem o tym, dopóki głód nie zostanie zaspokojony- jakikolwiek głód.
Zdradliwy umysł postanowił jeszcze pogłębić moje upokorzenie; stanęły mi przed oczami obrazy, od których boleśnie zacisnąłem oczy.
Potter niechętnie mruczący coś w sklepie Madame Malkin.
Potter odrzucający moją przyjaźń.
Potter przyjęty do drużyny quidditcha przeze mnie.
Potter wygrywający mecze.
Potter zdobywający Puchar Domów.
Potter na pierwszych stronach gazet.
Potter u boku Gilderoya Lockharta.
Potter jako uczestnik Turnieju Trójmagicznego.
Potter siedzący na mnie okrakiem, okładający mnie pięściami na boisku.
Potter jako sprawca uwięzienia mojego ojca.
Potter mruczący do Weasleya: „Zostaw go, Ron, nie warto”.
Potter obserwujący mnie w Wielkiej Sali.
Potter rozśmieszający mnie podczas korepetycji.
Potter całujący mnie na błoniach.
Potter zapraszający mnie na swoją Błyskawicę.
Potter policzkujący mnie i całujący w deszczu.
Potter obejmujący mnie pod posągiem Johna Dee.
Potter siedzący koło mnie pod drzewem, mówiący mi, że mam wybór.
Potter i ja na korytarzu, pod jego peleryną.
Potter…
… On zawsze tam był. A ja zawsze z tyłu, za nim, znoszący upokorzenia. To on sprawił, że moja ambicja, moje poglądy i to, co było mi najdroższe, rozpadło się w drobiny. To przez niego zawsze byłem tym drugim. To on był tym świętym, tym chwalonym. Miał nawet swój pieprzony fanklub, do cholery! Czemu zapomniałem o tym wszystkim pod wpływem jego bliskości? Czemu gotowy byłem zagrzebać to wszystko w imię czegoś, co- jak sądziłem do dzisiaj- było jednak czymś więcej niż zabawą dwóch opanowanych przez hormony nastolatków?
Czułem się wykorzystany, upokorzony po raz kolejny. Nie wiedziałem, czy to już koniec, nie miałem pojęcia o jego zamiarach i myślach… Ale to bolało.
Był jeszcze jeden powód, dla którego łzy gniewu cisnęły mi się do oczu: czułem, że to on miał rację. Że słusznie zrobił, wycofując się w ostatniej chwili. Znowu to on był tym lepszym, a ja dałem się poprowadzić, zaślepić, omamić. To on skończył z tym, kiedy jeszcze mogliśmy, kiedy jeszcze nie było za późno.
Ale…
… czy to nie właśnie on zaczął to wszystko? Czy to nie on, ledwie wczoraj wieczorem, mówił mi: „Niech będzie jak najgłębszy”?
„Nie chcę cię skrzywdzić”.
Uśmiechnąłem się gorzko przez zaciśnięte wściekłością usta.
Cóż, panie Potter, za późno.
O całe pięć lat za późno.

***

Woda prysznica z cichym, beznamiętnym pluskiem spływała w dół do odpływu.
Stałem nieruchomo, pozwalając wodzie obmywać moje zziębnięte już ciało, i patrzyłem na krople, które miarowo spływały po szkle kabiny. Para już dawno zakryła mi widoczność, ale dzięki ciszy wiedziałem, że jestem w łazience prefektów sam.
Tylko miarowy szum prysznica i mój oddech na szybie. Żadnych kroków. Żadnych głosów.
Cisza.
Nie mogłem spać tej nocy. Chrapanie Crabbe’a i Goyle’a, przyciszone rozmowy Blaise’a i Notta, ich uśpione oddechy, chlupot wody gdzieś w oddali, nawet kapanie wosku ze świec- to wszystko doprowadzało mnie do szału. Dlatego, kiedy zegarek wskazywał w pół do szóstą, wstałem wreszcie i udałem się do łazienki, wdzięczny za jakiekolwiek zajęcie. Przyłapałem się na tym, że wyglądałem w pokoju wspólnym i na korytarzu sylwetki Archiego Collinsa; jednak szybko zaniechałem zamiaru rozmowy z matką. Co by mi to dało? Nie mógłbym przecież opowiedzieć jej o tym wszystkim…
Jednak była tu, blisko, tuż przy mnie, i to w jakiś sposób chyba mi pomogło.
Nie chciałem wchodzić do basenu. Powracały do mnie wspomnienia sprzed początku roku, kiedy to Potter wylazł z żałosną miną z kabiny w samych dżinsach, bojąc się, że na niego doniosę. Przypomniało mi się jego spojrzenie i poczucie niezręczności, w które mnie wprawił. Czyżby już wtedy…?
Drzwi skrzypnęły tak gwałtownie, że omal nie pośliznąłem się w kabinie. Usłyszałem donośne ziewnięcie, czyjeś donośne kroki i ciche przekleństwa, wśród których wyróżniało się „cholerne budziki”.
No tak, tylko tej osoby potrzeba było, żebym sięgnął po naostrzone żyletki.
Weasley.
Nie odezwałem się słowem, mając kruchą nadzieję, że mnie nie zauważy- naprawdę nie miałem teraz nastroju na kłótnie z tym rudym prostakiem.
Swoją drogą, ciekawe, czy Harry powiedział cokolwiek o nas swoim przyjaciołom…?
Nie, jasne, że nie. Nie chciałby się przecież przed nimi poniżać, uznałem gorzko.
Wtedy drzwi zaskrzypiały po raz kolejny.
-…naprawdę, Ron. Powinieneś z nim porozmawiać, jak masz jakiś problem.
-To nie ja mam problem, Hermiona- jęknął Weasley- To on wczoraj w nocy wrócił do dormitorium w takim stanie, jakby miał atak. Wyglądał, jakby się miał zaraz poryczeć. Chciałem z nim pogadać, ale próbował udawać, że śpi. Jeśli on nie chce…
-Cicho!- syknęła nagle Granger, a ja spuściłem głowę; zaraz się zacznie…
-Kto tam jest?- spytał inteligentnie Weasley, podchodząc bliżej.
-Nie macie zamku na wyłączność, pragnę zauważyć- warknąłem na nich i wyszedłem, owinąwszy się ręcznikiem.
Weasley zaklął.
-Od razu widać, że jesteś rannym ptaszkiem- zauważyłem cicho, podchodząc do umywalki.
-I to mówi osoba, która w weekendy nawet nie pokazuje się na śniadaniach- rudy wziął się pod boki w wyzywającej pozie.
Westchnąłem ciężko. Naprawdę nie byłem w nastroju znosić jego idiotyzmów.
-Nic dziwnego, że mnie nie widujesz, skoro sam schodzisz około dziesiątej. A teraz bądź tak łaskaw i daj mi spokój, bo mam lepsze zajęcia niż tracenie czasu na waszą dwójkę.
-Ależ oczywiście- prychnął Weasley- Przecież musisz się uczesać i w ogóle. Rozumiem, że po to musisz wcześnie wstawać, całe to układanie włosów i perfumowanie musi ci zajmować godziny.
-Miło, że zwróciłeś uwagę- uśmiechnąłem się słodko do lustra- Teraz zacznę wstawać jeszcze wcześniej, specjalnie dla ciebie.
Zignorowałem jego zszokowaną minę i okrzyki w stylu „Błeee, Malfoy, obrzydlistwo!” i zebrałem swoje ubrania z zamiarem przebrania się w kabinie. Nagle wyprostowałem się powoli i obróciłem głowę przez ramię- Granger obserwowała mnie uważnie ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, jakby próbowała przeniknąć przez moje ciało i zobaczyć na wskroś moje myśli.
Poczułem mimowolne dreszcze na całym ciele- ale te były lodowate.
Ona wiedziała.




skomentuj (66)





|Lay by Goldi| layouts-from-neverland.blog.pl